Człowiek z Somerton – Tamam shud.

Lily spojrzała na bezwładne ciało mężczyzny leżące kilkanaście metrów dalej na plaży. Był ubrany w garnitur, a zachodzące słońce odbijało się od jego perfekcyjnie wypolerowanych lakierów. Dziwny strój jak na plażę, pomyślała. Poruszył ręką, chcąc sięgnąć po tlący się w jego ustach niedopałek papierosa. A może, żeby odgonić chmarę komarów latających wokół jego twarzy?

– Jeśli temu gościowi to nie przeszkadza – szepnął do niej Alan, myśląc o tym samym – To musi być naprawdę zalany w trupa – zachichotał.

W tamtym momencie nie miał pojęcia jak niewiele minął się z prawdą.

Człowiek z Somerton

Ciało na plaży.

Ciepłego listopadowego wieczora w Australii jubiler John Bain Lyons przechadzał się wraz z żoną nad brzegiem morza. Oboje ujrzeli dobrze ubranego człowieka, leżącego na piasku.

– Znowu jakiś pijak – rzekł John do swojej żony i pokręcił głową. Sam również lubił się napić, ale żeby doprowadzić się do takiego stanu? To już była lekka przesada.

Jakiś czas później para zawróciła i ruszyła w kierunku domu.

Pół godziny później na mężczyznę natknęli się Lily i Alan. 

Lily spojrzała na bezwładne ciało mężczyzny leżące kilkanaście metrów dalej na plaży. Był ubrany w garnitur, a zachodzące słońce odbijało się od jego perfekcyjnie wypolerowanych lakierków. Dziwny strój jak na plażę, pomyślała. Poruszył ręką, chcąc sięgnąć po tlący się w jego ustach niedopałek papierosa. A może, żeby odgonić chmarę komarów latających wokół jego twarzy?

– Jeśli temu gościowi to nie przeszkadza – szepnął do niej Alan, jakby myśląc o tym samym – To musi być naprawdę zalany w trupa – zachichotał.

Następnego ranka 1 grudnia 1948 jubiler John Lyons wracał do domu z porannego pływania. To dziwne, pomyślał widząc tego samego człowieka, co wczoraj w identycznej wręcz pozie. Podszedł trochę bliżej, chcąc sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

Nie było. Usta mężczyzny pokrywała biała wydzielina, a niedopałek papierosa wciąż zwisał mu z ust. Był martwy. John Lyons natychmiast wezwał policję i pogotowie.

Miejsce, w którym znaleziono ciało.

Trzy godziny później ciało zostało przewiezione do szpitala Royal w Adelaide. Pierwszy zbadał je pobieżnie Dr John Barkley Bennett. Określił godzinę zgonu na drugą w nocy, a przyczynę jako zatrzymanie akcji serca. Stwierdził też, że mężczyzna prawdopodobnie został otruty.

Śledczy sprawdzili ubrania zmarłego. Żadne z nich nie miało metki, jedyną charakterystyczną rzeczą była zszyta pomarańczową nicią tylna kieszeń spodni. W kieszeniach znaleźli bilet z Adelaide na plażę w Somerton, gumy do żucia, paczkę papierosów Army Club, zawierającą siedem papierosów innej, bardziej ekskluzywnej marki Kensitas oraz pudełko zapałek marki Bryant & May. Nigdzie przy ciele nie było portfela, ani dokumentu tożsamości, na tę chwilę, nie mogli więc zidentyfikować ofiary. Co zastanawiające, zmarły nie miał przy sobie kapelusza, który w latach czterdziestych był absolutnym wymogiem.

Dzień później policjanci dostali raport z autopsji. Źrenice mężczyzny były nienaturalnie pomniejszone, a na ustach była widoczna wydzielina, której prawdopodobnie nie mógł przełknąć. Jego śledziona była twarda i trzykrotnie powiększona, a w wątrobie znaleziono krew.

Patolog John Dwyer stwierdził, że ostatnim posiłkiem mężczyzny był pasztecik, a w żołądku znajdowała się też krew. To ostatnie znów sugerowało otrucie. Nie udało mu się jednak znaleźć żadnego śladu po truciźnie, można więc było zakładać, że substancja ta była albo zupełnie niepopularna, albo rozkładała się na tyle szybko, że zdążyła już zniknąć z organizmu mężczyzny.

Zmarły miał między 40, a 45 lat i jak na swój wiek był w doskonałej kondycji fizycznej. Jego rysy patolog określił na ‘brytyjskie’, a wzrost na 180 centymetrów. Miał szare oczy i rudawe włosy. Jego nogi wyglądały wręcz atletycznie. Jego stopy miały dziwny, lekko zdeformowany kształt charakterystyczny dla tancerzy baletowych.

Śledczy zrobili odciski linii papilarnych wszystkich jego palców i wraz z fotografią rozesłali do australijskich komisariatów policji, a następnie do innych angielskojęzycznych krajów. Niestety, nikt nie rozpoznał mężczyzny.

12 stycznia znaleziono walizkę, którą zmarły umieścił w poczekalni kolejowej 30 listopada. Pracownicy niestety nie zapamiętali nic szczególnego odnośnie właściciela. W środku zaleziono pomarańczową nić – taką samą jaką zszyta była tylna kieszeń spodni mężczyzny oraz trochę ubrań również bez metek z wyszytym nazwiskiem ‘Kean’ lub ‘T. Kean’. Był tam również plik kwitów używanych na statkach do rejestrowania ładunków, nóż stołowy z ostrzem ściętym do połowy oraz płaszcz szyty ściegiem nieznanym w Australii, jednak bardzo popularnym w Ameryce.

Śledczy ze znalezioną walizką.

Tamam shud.

Ciało zostało zbadane jeszcze przez jednego eksperta – emerytowanego profesora patologii na Uniwersytecie w Adelaide. Dopiero jemu udało się znaleźć małą, sekretną kieszonkę w spodniach, w której ukryty był skrawek wyrwanej z książki kartki z napisem ‘Tamam Shud’.

Skrawek papieru ‚Tamam shud’.

Frank Kennedy, dziennikarz śledczy rozpoznał słowa i zasugerował, że mogą one pochodzić z dwunastowiecznego tomiku poezji Omara Khayyama o nazwie ‘Rubaiyat’. Słowa te oznaczały ‘To koniec’.

Wszystkie znaleziska były na bieżąco publikowane w lokalnych gazetach, z nadzieją, że zjawi się ktoś, kto będzie w stanie rzucić na nie trochę światła.

W lipcu na komisariat policji wszedł mężczyzna z tomikiem poezji ‘Rubaiyat’ pod pachą.

-Jakoś w listopadzie odwiedzałem szwagra – powiedział podekscytowanym głosem – Zaparkowałem auto koło plaży w Somerton. Był ukrop jakich mało, więc zostawiłem otwarte szyby. I znalazłem to – wskazał na książkę, która leżała na stoliku – Myślałem, że to szwagier podrzucił mi ją dla zabawy. On robi czasem takie dziwne rzeczy. Ale kiedy zobaczyłem ten artykuł w gazecie… Jest wyrwana strona, proszę spojrzeć!

I rzeczywiście, sterczące fragmenty papieru z ostatniej strony idealnie pasowały do wycinka znalezionego przy zwłokach. Ponadto na okładce książki widniały dwa numery telefonu, jeden lokalny i jeden, którego nie udało się zidentyfikować, i kilka wydawać by się mogło przypadkowych liter w kilku rzędach, najpewniej zakodowana informacja.

Notatka z zakodowaną wiadomością.

Dzięki lokalnemu numerowi telefonu policjanci dotarli do mieszkającej nieopodal pielęgniarki o imieniu Jo Thomson – wtedy z uwagi na ochronę jej prywatności nadano jej pseudonim Jestyn. Jo przyznała, że zna tomik poezji, kiedyś podarowała taki poznanemu podczas wojny żołnierzowi o imieniu Alfred Boxall.

Jo Thomson.

Nareszcie. Śledczy byli przekonani, że udało im się zidentyfikować mężczyznę. Jednak okazało się, że Alfred Boxall jest cały i zdrowy i wciąż posiada tomik poezji ‘Rubaiyat’, wraz z dedykacją od Jestyn na pierwszej stronie.

Tomik poezji ‚Rubaiyat’ z dedykacją Jo Thomson.

Jo Thomson zaprzeczyła jakoby kiedykolwiek znała mężczyznę podobnego do tego znalezionego na plaży. Kiedy pokazano jej gliniany odlew jego twarzy, kobieta zemdlała. Nigdy nie zmieniła jednak swojej wersji.

Bardzo popularną teorią było to, że niezidentyfikowany mężczyzna był szpiegiem, w końcu jego śmierć nastąpiła tuż przed rozpoczęciem Zimnej Wojny. Wiele osób argumentowało to tym, że plaża w Somerton znajdowała się tuż obok centrum australijskiego wywiadu. Tłumaczyłoby to również brak dokumentów i poodcinane od ubrań metki – ten człowiek nie chciał być zidentyfikowany.

W roku 1959 pojawił się świadek, który twierdził, że w noc poprzedzającą znalezienie ciała, wraz z trzema kolegami widział mężczyznę niesionego przez kogoś wzdłuż plaży w Somerton.

Przez lata sprawa pozostawała nierozwiązana.

Nieślubne dziecko?

W 2007 roku Derek Abbott, profesor na Uniwersytecie w Adelaide postanowił znów przejrzeć wszystkie zgromadzone tropy. Na ich podstawie wysnuł swoją teorię.

Według niego Jo Thomson miała nieślubne dziecko z mężczyzną z Somerton (jak przez brak identyfikacji określa się znalezionego na plaży mężczyznę). To wyjaśniałoby dlaczego zaprzeczała, jakoby kiedykolwiek go znała. Abbott dotarł do starej fotografii Robina, syna Thomson i zauważył, że oboje mają tak samo ułożony kły w zgryzie i identyczne górne części uszu. Obie te cechy są dziedziczone i występują jedynie u 1% populacji na świecie.

Młoda Jo Thomson i Robin.
Robin Thompson.

W ten sposób Abbott poznał Rachel Egan – wnuczkę Jo Thomson.

– Chciał popatrzeć na moje uszy i zęby. Poprosił też o próbkę DNA – wspominała Rachel – Była to jedyna taka prośba od mężczyzny w moim życiu.

Abbott i Egan pobrali się. Jeśli przeczucia profesora są prawdą, trójka dzieci które mają są prawnukami mężczyzny z Somerton.

Abbott wciąż czeka na ekshumację zwłok i pozwolenie na porównanie DNA.

W 2009 roku eksperci doszli do wniosku, że litery znalezione w tomiku poezji nie są przypadkowe i z całą pewnością jest to szyfr. Niestety kodu z okładki ‘Rubaiyat’ nigdy nie udało się złamać.

I znowu Rubaiyat.

Wiele osób twierdzi, że sprawa mężczyzny z Somerton wiąże się z dwoma innymi zdarzeniami. Pół roku po znalezieniu ciała, około 20 kilometrów od Somerton odnaleziono ciało dwuletniego dziecka, oraz jego nieprzytomnego ojca. Przyczyna śmierci dziecka nie udało się ustalić, natomiast ojciec po kilku tygodniach rekonwalescencji trafił do szpitala psychiatrycznego. Żona mężczyzny twierdziła, że jej mąż znał tożsamość człowieka z Somerton.

Trzy lata przed znalezieniem ciała mężczyzny z Somerton w Australii niedaleko Sydney miała miejsce inna śmierć. Ofiarą był mężczyzna z Singapuru Joseph George Saul Haim Marshall. Przyczyną śmierci było samobójstwo przez zażycie trucizny. Obok ciała znaleziona dwunastowieczny tomik poezji ‘Rubayiat’.

Człowiek z Somerton.

Do teraz zagadka tożsamości mężczyzny z Somerton oraz przyczyny dla której został otruty pozostają niewyjaśnione.

[1] [2] [3] [4] [5]

Tracey Mertens – Spalona żywcem.

Gdzie jest Joey?! – warknął jeden z nich, nie siląc się na powitanie. Tracey wystraszyła się i spróbowała zamknąć drzwi, jednak mężczyzna szybko włożył stopę pomiędzy drzwi i framugę – Pytam grzecznie, gdzie do kurwy nędzy jest Joey?!

– Ja… – zadygotała przerażona Tracey – Ja nie rozumiem… – wydawało jej się, że mówią w jakimś obcym języku.

Tracey Mertens.

Podróż do domu.

Tracey Mertens była trzydziestojednoletnią matką dwójki dzieci – jedenastoletniej Kelly i dwunastoletniego Davida. Od niedawna zamieszkiwała Rochdale wraz ze swoim partnerem Joey’em. Ona i Joey poznali się w wieku szesnastu lat i od tej pory schodzili się i rozchodzili. Powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że Joey zmagał się z uzależnieniem od narkotyków, a ponadto miał wiele długów zaciągniętych u mniej lub bardziej szemranych ludzi.

22 grudnia 1994 Tracey postanowiła wybrać się do Birmingham, do Cattels Grove. Było to jej wcześniejsze miejsce zamieszkania. Będąc w nowym domu w Rochdale zorientowała się, że zostawiła tam swoją książeczkę zasiłkową. Książeczka była jej szalenie potrzebna, szczególnie, że ani ona, ani Joey nie mieli pracy.

Kobieta zamierzała wrócić do domu tego samego dnia, jednak jej szwagierka przekonała ją, aby została u niej na noc. Bardzo lubiła Tracey, i tak dawno nie miały okazji porozmawiać. Kobieta więc została.

Porwanie.

23 grudnia 1994 roku w Cattels Grove ktoś zapukał do drzwi dawnego domu Tracey. Kobieta krzątała się akurat po kuchni, więc krzyknęła do szwagierki, że otworzy drzwi.

U progu zobaczyła dwóch ciemnoskórych, strasznie wkurzonych mężczyzn.

– Gdzie jest Joey?! – warknął jeden z nich, nie siląc się na powitanie. Tracey wystraszyła się i spróbowała zamknąć drzwi, jednak mężczyzna szybko włożył stopę pomiędzy drzwi i framugę – Pytam grzecznie, gdzie do kurwy nędzy jest Joey?!

– Ja… – zadygotała przerażona Tracey – Ja nie rozumiem… – wydawało jej się, że mówią w jakimś obcym języku.

– Zaraz nam wszystko wyśpiewasz mała dziwko – mężczyźni chwycili ją, zanim zdołała krzyknąć o pomoc, zawiązali jej opaskę na oczy, zakneblowali usta i wrzucili do bagażnika żółtego Forda Escorta.

Pojechali do Cheshire i nie mogąc nic z niej wyciągnąć polali benzyną i podpalili pod kościołem Chrystusa w Eaton. Po wszystkim odeszli, pozostawiając kobietę na pewną śmierć.Tracey płonęła na trawniku wyjąc z bólu. Jeden z pracowników kościoła zadzwonił na policję i pogotowie, po czym podbiegł do kobiety próbując ugasić płomienie własną kurtką.

Kiedy policja i pogotowie przyjechali na miejsce zdarzenia, ciało Tracey było w 95% poparzone. Kobieta jednak wciąż żyła i była przytomna.

– Było ich dwóch – jęknęła. Widać było, że wypowiedzeniu każdego słowa towarzyszy jej ból – Czarni… trzydzieści lat. Mówili… Mówili jakimś dziwnym językiem, nie wiem… Grubi…

Nieopodal miejsca zdarzenia policja znalazła porzucony kanister po benzynie. Stwierdzili również, że język którym mówili porywacze był najprawdopodobniej jednym z jamajskich dialektów o nazwie Patois.

– To co spotkało Tracey, było bestialskie i przerażające – powiedział detektyw inspektor Gary McIntyre z policji w Cheshire – Była bardzo dzielna. Do ostatniej chwili walczyła i chciała dać nam jak najwięcej szczegółów.

Kościół pod którym spłonęła Tracey.

Tracey Mertens zmarła dwanaście godzin po swoim odnalezieniu. Od dwudziestu – sześciu lat nikogo nie postawiono w stan oskarżenia w związku ze sprawą.

[1] [2] [3] [4]

Debbie Wolfe – Chatka w głębi lasu.

Hej Deb… – z głośnika zabrzmiał męski głos – Szkoda, że nie było cię dzisiaj w pracy. Ja… eee… – mężczyzna głośno przełknął ślinę – Zastanawiam się co u ciebie. Ee… Jeśli możesz to zadzwoń do mnie, jestem pod numerem 822 – 7007. Albo zadzwoń na domowy wieczorem. Ee… – znowu przerwał na chwilę – Nie ma cię już kilka dni, zacznę się martwić, jeśli jutro nie wrócisz. Chcę tylko wiedzieć czy u ciebie wszystko w porządku. Pa – dwa przerywane sygnały zadźwięczały przeciągle i automatyczna sekretarka wyłączyła się.

Debbie Wolfe.

Mistrzyni prezentów.

Jenny Edwards nie była ani trochę zdziwiona rozpakowując swój prezent gwiazdkowy. Dwie nagie lalki dla dorosłych… tak, mogła się tego spodziewać. Jej córka była mistrzynią robienia dziwacznych prezentów. Na pięćdziesiąte urodziny matki, Debbie zamówiła striptizera. Cóż, Jenny była pewna, że jej koleżanki z pracy nigdy nie zapomną muskularnego mężczyzny wulgarnie wijącego się na stole. Ona na pewno nie zapomni.

Jenny westchnęła tylko i spojrzała wymownie na córkę.

– Mamo, ja? – zapytała Debbie robiąc minę niewiniątka – Ja nie mam z tym nic wspólnego.

Kilka chwil później dziewczyna pognała na świąteczną zmianę do Szpitala dla Weteranów w Fayetteville. Pod pachą miała wielkiego pluszowego jednorożca – prezent od mamy.

Był to ostatni raz, kiedy Jenny widziała swoją córkę żywą.

Debbie Wolfe.

Automatyczna sekretarka.

Deborah Ann Wolfe była dwudziestoośmioletnią pielęgniarką. Jej życie było doskonale poukładane – miała fantastyczny kontakt z mamą, lubiła swoją pracę i mieszkała w najwspanialszym miejscu na ziemi – w małej, położonej na brzegu jeziora chatce w lesie. Było to cztery mile od miasta. 

Dziewczyna kochała to miejsce – kiedy chciała kąpać się nago w jeziorze – kąpała się, kiedy chciała strzelać do beczek, stojących na werandzie – strzelała, kiedy chciała urządzić przyjęcie, puszczając głośną muzykę i krzycząc do rana – tak właśnie robiła. Żaden wścibski sąsiad nie wtykał nosa w jej sprawy, ponieważ żadnego sąsiada nie miała.

Chatka Debbie (1).
Chatka Debbie (2).

25 grudnia 1985 po skończonej zmianie Debbie wróciła do domu. Dwa owczarki niemieckie, Morgan i Mason powitały ją szczekając radośnie. Spuściła je z łańcucha i w trójkę ruszyli na spacer wzdłuż jeziora.

Debbie nie opuściła ani jednego dnia pracy aż do 26 grudnia 1985 roku. Wtedy to pierwszy raz, nie powiadamiając nikogo, nie stawiła się zmianę. Ponieważ nie odbierała również telefonów, w końcu ktoś zadzwonił na numer wpisany jako telefon alarmowy – do jej matki Jenny Edwards.

Jenny od razu wiedziała, że stało się coś niedobrego. Znała swoją córkę bardzo dobrze, wiedziała, że ta nigdy nie opuściłaby dnia pracy bez naprawdę poważnego powodu. Wraz ze swoim przyjacielem Kevinem Gordonem wsiedli w samochód i pojechali na obrzeża Fayetteville sprawdzić, czy u Debbie wszystko w porządku.

Pierwszym, co rzuciło im się w oczy były puste puszki po piwie, rozrzucone niedbale po całym podwórku. Psy, o które Debbie tak dbała biegały samopas, wyjąc. Wyglądało na to, że od dłuższej chwili nic nie jadły.  

Kiedy Jenny i Kevin weszli do domu przerazili się jeszcze bardziej. Podłogę wyściełały rzeczy osobiste Debbie, pomieszane z kolejnymi puszkami. Miejsce wyglądało na zdewastowane. Jenny była pewna, że jej córka nie pozwoliłaby na doprowadzenie swojego ukochanego domu do takiego stanu.

Kevin wszedł do sypialni, gdzie znalazł torebkę Debbie wciśniętą niedbale między ścianę i łóżko. Lampka automatycznej sekretarki znajdującej się na nakastliku migała na czerwono. Mężczyzna zawołał szybko Jenny i nacisnął na ‘odsłuchaj’.

– Hej Deb… – z głośnika zabrzmiał męski głos – Szkoda, że nie było cię dzisiaj w pracy. Ja… eee… – mężczyzna głośno przełknął ślinę – Zastanawiam się co u ciebie. Ee… Jeśli możesz to zadzwoń do mnie, jestem pod numerem 822 – 7007. Albo zadzwoń na domowy wieczorem. Ee… – znowu przerwał na chwilę – Nie ma cię już kilka dni, zacznę się martwić, jeśli jutro nie wrócisz. Chcę tylko wiedzieć czy u ciebie wszystko w porządku. Pa – dwa przerywane sygnały zadźwięczały przeciągle i automatyczna sekretarka wyłączyła się.

Matkę Debbie przeszedł zimny dreszcz. Kim był ten mężczyzna? Nie znała jego głosu, a przecież znała wszystkich przyjaciół swojej córki. Dlaczego mówił, że Debbie nie ma od kilku dni? Przecież w pracy nie było jej może kilka godzin.

Jenny i Kevin obeszli kilkukrotnie podwórko, a także sprawdzili teren wokół jeziora znajdującego się nieopodal. Nigdzie nie było śladu ani Debbie, ani nikogo innego. Nie pozostało im nic innego jak tylko zawiadomić policję. Zgłoszenie przyjął kapitan Jack Watts z Biura Szeryfa w Cumberland.

Kilkadziesiąt minut później rosły mężczyzna pojawił się z psem tropiącym. Miał nadzieję, że być może pies od razu złapie trop zaginionej i szybko będą mogli uznać sprawę za zamkniętą. Niestety nic takiego się nie stało. Kapitan orzekł, że oficjalne poszukiwania można będzie rozpocząć dopiero po trzech dniach od zaginięcia. Rozpoczęto je po pięciu.

W międzyczasie Kevin przyjechał nakarmić Morgana i Masona. Wszedł do domu i w kuchni natknął się na uniform z krótkimi rękawami należący do Debbie. Mógłby przysiąc, że wcześniej go tam nie było. Zresztą to przecież niemożliwe, żeby i on i Jenny przeoczyli tak ważny ślad.

Pod powierzchnią.

Piątego dnia od zaginięcia rozpoczęto poszukiwania. Policjanci przywieźli ze sobą więcej psów tropiących, jednak żaden nawet nie podjął tropu. Wydawało się dziwne, że nie wzięli ze sobą nurków, aby przeszukać jezioro. Stwierdzono, że Jenny i Kevin już to zrobili.

– Wydaje mi się, że wspominali, że przeszukali już jezioro… – tłumaczył się później kapitan Jack Watts, zapytany przez media dlaczego nikt nie przeszukał jeziora – Nie mieliśmy więc po co sprawdzać go po raz kolejny. Nie, nie wydaje mi się, żebyśmy to zrobili.

Był to absurd. Ani Jenny, ani Kevin nie mieli ani sprzętu, ani umiejętności, żeby przeszukiwać jezioro. A jeśli nawet zrobiliby to na własną rękę, policja powinna była zrobić to raz jeszcze.

Śledztwu prowadzonemu przez policję brakowało kompetencji i profesjonalizmu, co sfrustrowało Jenny. Zatrudniła więc na własny koszt nurków, aby dokładnie zbadali jezioro. Nie przyniosło to żadnego rezultatu.

Siódmego dnia od zaginięcia Debbie, Kevin Gordon oraz jego znajomy Gordon Childress, który miał umiejętności nurkowe, postanowili przeszukać jezioro po raz trzeci. Gordon zauważył ślady wleczenia czegoś ciężkiego na brzegu. Wszedł głębiej w wodę i prawie natychmiast natknął się na Debbie. Jej nogi wystawały z pięćdziesięciopięcio galonowej drewnianej, noszącej ślady po strzałach beczki. Dokładniej takiej samej beczki, jakiej brakowało na podwórku. Debbie używała jej do gromadzenia drewna na opał i okazjonalnie jako celu podczas ćwiczeń strzeleckich. 

Kevin i Gordon mimo zrażenia działaniami policji, nie mieli innego wyjścia jak tylko ich zawiadomić.

Funkcjonariusze zabrali ciało Debbie, zostawiając beczkę na brzegu. Nikt nie miał ochoty targać wielkiej beczki ze sobą, więc postanowili wrócić po nią następnego dnia, większym samochodem.

Pod powierzchnią jeziora.

Teorie Jack’a Wattsa.

Dzień później koroner William Oliver podzielił się wynikami autopsji:

• W krwiobiegu Debbie nie znalazł śladów alkoholu, ani środków odurzających.

• W płucach dziewczyny znajdowała się woda o objętości pół łyżeczki. Oznaczało to, że kobieta nie zginęła w wyniku utonięcia, a jej ciało zostało wrzucone do wody już po śmierci.

• Palce ofiary były powyginane i pokryte zadrapaniami, które mogły świadczyć o walce.

• W waginie Debbie znajdowało się nasienie, jednak nie udało się stwierdzić, czy odbyła stosunek z własnej woli, czy też padła ofiarą gwałtu.

• Ciało kobiety znajdowało się w pozycji zrelaksowanej, a jej oczy były zamknięte – znowu kłóciło się to z utonięciem jako przyczyną śmierci. W przypadku tonięcia mięśnie są napięte, a oczy zwykle otwarte – jest to ciało człowieka, który resztkami sił walczy o ostatnie tchnienie.

• Ciało Debbie było w dobrym stanie – na tyle dobrym, że pogrzeb można było odprawić przy otwartej trumnie. Na pewno nie było to ciało, które od siedmiu dni znajdowało się w wodzie.

Wbrew opinii doktora Olivera, która aż krzyczała o udziale osób trzecich w śmierci Debbie, kapitan Jack Watts wykluczył morderstwo i za przyczynę śmierci przyjął przypadkowe utonięcie.

– Kiedy pierwszy raz spotkałem się z rodziną – stwierdził kapitan Jack Watts – Psy biegały spuszczone z łańcucha. Jestem pewien, że Deborah bawiła się z psami i wpadła do jeziora. To był nieszczęśliwy wypadek.

Ekspertyza koronera nie była jedyną rzeczą jaką zignorował Watts.

Samochód Debbie nie był zaparkowany w typowy dla kobiety sposób. Ponadto siedzenie kierowcy było odsunięte daleko w tył – jak dla rosłego mężczyzny, nie dla drobnej dziewczyny.

Wisienką na torcie był jednak fakt, że kiedy funkcjonariusze wrócili po beczkę, w której znaleziono ciało Debbie, beczki już nie było.

– W moim mniemaniu – stwierdził kapitan Watts – A także i moich kolegów, to co wydawało się na pierwszy rzut oka beczką, było tak naprawdę kurtką dziewczyny, która pod wpływem znajdowania się pod wodą napompowała się do podobnych rozmiarów.

Po tym jak Watts zanegował fakt istnienia pięćdziesięciopięcio galonowej beczki, którą widzieli Jenny, Kevin, Gordon, a także funkcjonariusze, którzy przyjechali po ciało, rodzina i przyjaciele Debbie stracili całą wiarę w policję. Byli jednocześnie oszołomieni i wściekli.

Dwaj podejrzani.

Nie mniej jednak policji udało się przesłuchać kilka osób.

Debbie miała pod opieką dwóch wolontariuszy, w szpitalu, w którym pracowała. Obydwu wesoła dziewczyna wpadła w oko i obaj bardzo chcieli się z nią umówić

Pierwszy z nich miał za sobą historię leczenia psychiatrycznego i był wyjątkowo nachalny. Poza nękaniem w pracy, udało mu się zdobyć numer dziewczyny i dodatkowo zaczął nękać ją telefonami. Ponoć twierdził, że wie gdzie mieszka i przyjdzie ją odwiedzić. Mimo, że odmówił testu poligrafem, jego alibi potwierdziło się, więc został zwolniony. Kilka dni później opuścił stan.

Drugi z wolontariuszy chciał umówić się z Debbie kilka tygodni przed jej zniknięciem. Ona powiedziała mu jednak, że przyjaźń to wszystko na co może liczyć z jej strony, ponieważ z kimś się już spotyka. Nie jest jasne, czy dziewczyna naprawdę była w związku, czy powiedziała tak tylko po to, żeby spławić niechcianego adoratora. Jenny wierzy, że to on był mężczyzną, którego głos słyszała w automatycznej sekretarce. Ma wrażenie, że nagrał się, próbując stworzyć sobie alibi. Został on również przesłuchany przez policję, jednak nie stwierdzono żadnych powiązań z zaginięciem młodej kobiety.

Wojskowa kurtka i naszyjnik.

Kilka miesięcy później Jenny odzyskała ubrania, w których jej córka została znaleziona. Okazało się, że żadna z rzeczy nie należała do Debbie. Była ona ubrana w:

• T-shirt z napisem ‘Pittsburgh Steelers’, którego nie rozpoznała ani Jenny, ani żaden z przyjaciół Debbie.

• Stanik o trzy rozmiary większej miseczce i dwa rozmiary zbyt szeroki w obwodzie.

• Spodnie o zdecydowanie zbyt długich nogawkach.

• Męskie buty o rozmiarze sześć, przy czym Debbie nosiła damską siódemkę (około trzy rozmiary mniejsze).

• Męską skórzaną kurtkę wojskową o rozmiarze S. Co ciekawe Debbie posiadała identyczną kurtkę o rozmiarze L, którą dostała od brata. Ta jednak wisiała jakby nigdy nic na wieszaku w szafie.

• Indiański naszyjnik ‘Złe oko’, który według wierzeń rdzennych Amerykanów miał wskazywać duszy drogę do następnego życia.

Nieszczęśliwy wypadek.

Jenny zmarła w roku 2002. Do końca życia była przekonana, że Debbie została zamordowana. 

– Znajdźcie tego, kto nagrał tą wiadomość, a znajdziecie mordercę – mawiała.

Być może morderca napadł Debbie w jej własnym samochodzie – stąd odsunięte siedzenia. Może jakiś czas przetrzymywał ją i gwałcił, a ostatecznie zamordował i podrzucił ciało w beczce do jeziora? Musiał mieć straszne szczęście skoro nie dość, że udało mu się zrobić to wszystko, to później jeszcze ukradł beczkę, którą funkcjonariusze zostawili na brzegu. To wszystko przy prawie cały czas obecnej rodzinie i funkcjonariuszach policji.

Ciekawostką jest fakt, że uniform Debbie znaleziony w jej kuchni nie był tym, który w dniu zaginięcia nosiła w pracy.

– Byliśmy na lunchu tamtego dnia – wspominał Roger Rushin, jeden z przyjaciół Debbie – Pamiętam jak rozmawialiśmy i przypadkiem oblałem kawą jej rękaw. Miała wtedy długie rękawy. A ona specjalnie wysypała groszek, żebym nie czuł się jak ostatnia oferma. Umówiliśmy się na lunch następnego dnia, ale już nigdy nie przyszła do pracy.

Uniform znaleziony w kuchni miał krótkie rękawy. Tego z długimi nigdy nie odnaleziono.

Działania policji mogą wskazywać na dwie rzeczy. Być może był to skrajny brak kompetencji, tuszowany późniejszymi działaniami. Albo kapitan Jack Watts był lub znał kogoś zamieszanego w śmierć Debbie.

Debbie Wolfe.

Którakolwiek odpowiedź jest tą dobrą, sprawa Debbie Wolfe pozostaje zamknięta, a jej śmierć uznana za nieszczęśliwy wypadek.

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10]

Frauke Liebs – Kiedy dzwoni zaginiona.

Hey Chrissy! – powiedziała Frauke do słuchawki – U mnie wszystko dobrze.

– Gdzie jesteś? – zapytał zmartwiony Chris.

– Nie mogę powiedzieć – odrzekła dziewczyna. Jej głos posmutniał.

– Wróć do domu – poprosił ją chłopak.

– Nie, nie da rady – westchnęła Frauke. Tak bardzo chciała wrócić do domu.

Frauke Liebs.

Rozładowany telefon.

Latem 2006 w Niemczech odbywały się XVIII Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, nic więc dziwnego, że cały kraj pogrążony był w piłkarskiej gorączce. Przez wiele dni nie mówiono o niczym innym, a puby pękały w szwach.

20 czerwca w Paderborn, mieście położonym w zachodniej części Niemiec, dwudziesto-jedno letnia studentka pielęgniarstwa Frauke Liebs spotkała się z przyjaciółmi w Irish pubie Auld Triangle. Tego wieczoru Szwecja grała przeciwko Anglii.

Dzień Frauke był zupełnie zwyczajny. Rano poszła na zajęcia, później umówiła się na obiad ze swoją mamą i Chrisem. Tak, Chris – rozstali się już jakiś rok temu, ale ciągle byli przyjaciółmi. Co więcej, idąc na studia postanowili wspólnie wynająć mieszkanie. W końcu lepiej mieszkać z kimś znajomym, nigdy nie wiadomo na kogo w dzisiejszych czasach można trafić.

Chris obiecał, że ten wieczór spędzi na nauce, dlatego odmówił, kiedy Frauke zaproponowała mu wspólne wyjście. Po skończonym posiłku mama Frauke podrzuciła dziewczynę pod Auld Triangle, a później Chrisa do mieszkania na Borchener Straße, które dzielił z jej córką. Chłopak już miał wysiąść z samochodu, kiedy spostrzegł że zapomniał kluczy. Wrócili więc pod pub.

Auld Triangle Irish Pub.

Frauke poczuła dotyk czyjejś dłoni na ramieniu.

– O, Chris! – ucieszyła się – Jednak zmieniłeś zdanie?

– Nie… Serio muszę się dzisiaj uczyć. Zapomniałem kluczy, weź daj mi swoje. Wpuszczę cię w nocy do domu.

– Jasne, nie ma sprawy. Nie wrócę późno – zapewniła dziewczyna.

– Poczekam – powiedział Chris i wrócił do czekającej na niego w samochodzie mamy Frauke.

Niedługo później zaczął się mecz. Prawdę mówiąc dziewczyna chciała napić się piwa i spotkać z przyjaciółmi – nie była szczególnie zainteresowana piłką nożną. Większość wieczoru pisała SMSy do znajomych, aż w końcu rozładował jej się telefon. Na szczęście jeden z kolegów pożyczył jej swój, inaczej chyba musiałaby pójść wcześniej do domu. Wszyscy byli tak zajęci oglądaniem.

Około godziny 23 Frauke oddała pożyczony telefon i samotnie ruszyła w kierunku swojego mieszkania. W kieszeni miała tylko 5 Euro, więc nie mogła wezwać taksówki, na szczęście nie mieszkała daleko. Od Auld Triangle do Borchener Straße było tylko 1.3 kilometra. Piechotą doszłaby w jakieś trzydzieści minut.

‚Wrócę trochę później.’

O godzinie 00:49 Chrisa obudził dźwięk SMSa. Wiadomość pochodziła od Frauke: ‘Wrócę trochę później. Mecz z Anglią był strasznie nudny : ) Kocham cię, do zobaczenia’. Później sprawdzono, że wiadomość została nadana z Neihein, obszaru znajdującego się około 38 kilometrów od Paderborn.

Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na zajęciach. Znajomi próbowali się do niej dodzwonić, jednak miała wyłączony telefon. Takie zachowanie nie było do niej podobne, ponadto nie wypiła przecież wczoraj tak dużo. Po wielu nieudanych próbach kontaktu z koleżanką, ktoś w końcu zadzwonił do jej mamy i Chrisa.

Frauke nie pojawiła się tego dnia w mieszkaniu. Jej mama natychmiast zawiadomiła policję, jednak jej zgłoszenie nie zostało przyjęte. Frauke była dorosła, poprzedniego wieczoru wyszła się rozerwać, pewnie wypiła za dużo i śpi teraz u kogoś znajomego. Nie ma sensu wszczynać alarmu, dziewczyna na pewno niedługo się odezwie.

Telefony od zaginionej.

I rzeczywiście.

22 czerwca o godzinie 22:25 Frauke zadzwoniła do Chrisa.

– Hej Christos. Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że u mnie wszystko dobrze – powiedziała nieco zaspanym głosem.

Chris zdziwił się. Co prawda było to jego pełne imię, jednak Frauke nigdy tak do niego nie mówiła.

– Hej, gdzie jesteś? – zapytał – Kiedy wracasz do domu?

– Proszę, powiedz mamie i tacie, że u mnie wszystko dobrze – odrzekła tylko i odłożyła słuchawkę.

Połączenie pochodziło z okolic Paderborn.

23 czerwca o godzinie 23:04 Chris otrzymał SMSa: ‘Dzisiaj wracam do domu. Jestem w Paderborn. Kocham cię’.

Wiadomość rzeczywiście znów pochodziła z okolic Paderborn. Frank, starszy brat Frauke był razem z Chrisem w mieszkaniu. Od razu zadzwonił do siostry. Dziewczyna odebrała.

– Gdzie jesteś? Co robisz? Kiedy wracasz? – zapytał szybko w obawie, że połączenie lada moment zostanie zerwane.

– Już wracam, nie będę późno. Jestem w Paderborn. Nie pytaj o nic, już wracam do domu – dziewczyna wydawała się zmęczona. Odłożyła słuchawkę.

24 czerwca o godzinie 14:22 Frauke zadzwoniła znowu do Chrisa.

– Wracam dzisiaj wieczorem, jestem w Paderborn – powiedziała dziewczyna tym samym zrezygnowanym głosem.

– Coś ci się stało? – zapytał Chris.

– Nie – ucięła Frauke i rozłączyła się.

25 czerwca o godzinie 22:28 Chris odebrał kolejny telefon od Frauke.

– Wracam dzisiaj – powiedziała słabo do słuchawki.

– Coś ci grozi? – wszedł jej w słowo Chris.

– Nie.

– Ktoś jest z tobą?

– Powiem ci później.

Policja wciąż nie chciała przyjąć zgłoszenia. Funkcjonariusze uspokajali rodziców – przecież mają ciągły kontakt z córką, dziewczyna dzwoni codziennie. Jest dorosła, pewnie chciała odpocząć, wyjechała… Na pewno nic złego jej się nie dzieje i niedługo wróci.

26 czerwca Frauke nie zadzwoniła wcale.

Christos Karaoulis.

Pożegnanie.

27 czerwca wieczorem Chris, siostra Frauke, Karen i jej rodzice czekali w mieszkaniu przy Borchener Straße, niecierpliwie czekając na telefon od zaginionej dziewczyny. Było już jednak dość późno, więc wykończeni całą sytuacją rodzice dali za wygraną i wrócili do domu.

O 23:29 zadzwonił telefon.

– Hey Chrissy! – powiedziała Frauke do słuchawki – U mnie wszystko dobrze.

– Gdzie jesteś? – zapytał Chris.

– Nie mogę powiedzieć – odrzekła dziewczyna. Jej głos posmutniał.

– Wróć do domu – poprosił ją chłopak.

– Nie, nie da rady.

– Dlaczego nie?

– Nie mogę powiedzieć.

– Ktoś cię uwięził?

Frauke westchnęła cicho do słuchawki.

– Tak… Nie! Nie! – krzyknęła szybko.

Chris i Karen spojrzeli po sobie niespokojnie.

– Boisz się?

– Nie.

– Ktoś jest z tobą?

– Nie mogę powiedzieć.

– Jesteś zmęczona? Brzmisz jakbyś była zmęczona – zapytał zmartwiony. Głos Frauke brzmiał jakby dziewczyna była nieobecna.

– Tak, bardzo zmęczona.

– Wiesz, że policja cię szuka?

– Wiem. Od tygodnia nie ma mnie w domu.

– Poznałaś jakiegoś innego chłopaka? – zaryzykował Chris.

– Wiesz, że nigdy nie uciekłabym z domu na tydzień dla jakiegoś chłopaka. Przecież mnie znasz.

– Karen jest ze mną. Wszyscy się martwimy.

– Mama i tata też są? – zapytała Frauke z nadzieją w głosie.

– Nie, już poszli.

– Powiedz im, że bardzo ich kocham.

– Kiedy wracasz?

– Nie wiem.

– Dlaczego nie wróciłaś? Mówiłaś, że wrócisz.

– Wyjaśnię ci później.

– Odebrać cię skądś?

– Nie, nie da rady.

– Możemy się gdzieś spotkać?

– Nie da rady.

– Gdzie jesteś?

– Mama.

– Gdzie jesteś?

– Mama.

– Gdzie jesteś?

– Mama.

– Kiedy znowu zadzwonisz?

– Nie wiem.

– Dzwoń przynajmniej raz dziennie.

– Przecież dzwonię.

– Było mi bardzo przykro, że wczoraj nie zadzwoniłaś.

– Tak, wiem że było ci przykro. Daj mi Karen, proszę.

Chris przekazał słuchawkę Karen. Dziewczyna i tak słyszała całą rozmowę, jednak teraz na chwilę miała wrażenie, że jest bliżej siostry.

– Boisz się wrócić do domu? – zapytała.

– Nie.

– Posprzątaliśmy twoje mieszkanie. Nikt nie będzie pytał co się z tobą działo. Wróć.

– Nie da rady, cały czas żyję! – powiedziała Frauke rozpaczliwym tonem.

– Jesteś z jedną osobą, czy jest was więcej?

– Proszę, nie pytaj mnie o nic… Chciałabym być z tobą. Chciałabym wrócić do domu.

– Dzwoń przynajmniej raz dziennie! – krzyknął Chris do słuchawki.

– Tak zrobię. Ciao! Do później – pożegnała się Frauke i w słuchawce zabrzmiał sygnał przerwanego połączenia.

Telefon milczy.

Karen wybuchnęła płaczem. Czuła, że siostra właśnie się z nimi pożegnała. Mama Frauke była przerażona. W rozmowie córka trzy razy ją wołała, a jej przy tym nie było. Policja po raz kolejny odmówiła przyjęcia zgłoszenia.

Od tej rozmowy telefon dziewczyny milczał.

Policja w końcu skontaktowała się z Ingrid Liebs, 4 października. Szkielet Frauke Liebs został znaleziony nieopodal drogi stanowej obok Lichtenau – 17 kilometrów od Paderborn. Na zwłokach znajdowały się ubrania, które dziewczyna miała na sobie w dniu zaginięcia. Nie znaleziono jej telefonu, torebki, zegarka, ani portfela. Podejrzewano, że mogła zostać uduszona, jednak z uwagi na zaawansowany rozkład ciała, nie dało się tego potwierdzić z całą pewnością. W pobliżu nie było żadnych śladów, mogących prowadzić do potencjalnego zabójcy.

Miejsce znalezienia ciała.

Policja przesłuchała 900 osób powiązanych z ofiarą, a spośród nich wyłoniła pięcioro podejrzanych. Wszyscy zostali szybko wykluczeni po przedstawieniu alibi.

Sprawa została umorzona.

Miejsce znalezienia ciała – krzyż postawiony na cześć Frauke (1).
Miejsce znalezienia ciała – krzyż postawiony na cześć Frauke (2).

Sprawcy ujęci?

W roku 2017, w Höxter znajdującym się 22 kilometry od Nieheim aresztowano Wilfrieda W. i jego byłą żonę Angelikę B. Zostali oni oskarżeni o uprowadzenie i zamordowanie kobiety, poznanej przez Wilfrieda przez ogłoszenie w gazecie. Para przetrzymywała ofiarę w swoim domu przez dwa miesiące. Torturowana, zmarła przez zakrzep, który wytworzył się jej w mózgu. Oprawcy postanowili odwieźć ją do mieszkania jej własnym samochodem. Pech chciał, że w drodze auto się popsuło. W braku innego pomysłu, wezwali pogotowie.

Wilfried W.

Na początku Angelika potwierdziła, że wraz z Wilfriedem zabili dwie kobiety. Wraz z upływem czasu ofiar stawało się coraz więcej. Ich prawdziwa liczba do dziś jest nieznana.

Dom w Höxter (1).
Dom w Höxter (2).
Dom w Höxter – wnętrze.

Śledztwo wykazało, że w czasie, kiedy Frauke Liebs jeszcze żyła telefon Wilfrieda logował się w miejscach, z których dzwoniła i wysyłała wiadomości. Policja przyznała, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że to właśnie Wilfried i Angelika stoją za uprowadzeniem i morderstwem Frauke. Nigdy jednak nie znaleziono żadnych dowodów mogących to potwierdzić.

Frauke Liebs.

Sprawa Frauke Liebs do dzisiaj pozostaje oficjalnie nierozwiązana.

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]

Bella in the Wych Elm – Kto uwięził Bellę w wiązie?

Una… – rzekł Jack drżącym głosem w kierunku swojej żony. Leżał w nieskazitelnie białej pościeli na łóżku szpitalnym, a ona siedziała na krześle obok i trzymała go za rękę – Ja… – zawahał się na chwilę i świszcząco wciągnął powietrze w płuca – Ja muszę Ci powiedzieć, co stało się tamtej nocy….

Una dobrze wiedziała, o której nocy mówił Jack. Wrócił wtedy nad ranem, co zdarzało mu się już wcześniej, ale tym razem był zupełnie trzeźwy. Jego ubrania były brudne, a on sam blady i roztrzęsiony. Wydawało się, że pytania gdzie był, lub co się stało w ogóle do niego nie docierały, więc Una przestała pytać. Jej mąż zaś z każdym dniem stawał się coraz bardziej posępny, a każdej nocy budził się zlany potem, jakby wydarty z koszmaru. Aż w końcu trafił tutaj – do St. George’s Hospital w Stafford z ciężkim załamaniem nerwowym.

– Pamiętasz tego Holendra? Tego wiesz, dla którego robiłem fuchę. Przedstawiłem Ci go kiedyś na mieście.

Una pamiętała. Pojawienie się owego tajemniczego mężczyzny sprawiło, że zaczął coraz częściej wychodzić z domu i chętniej zaglądać do kieliszka.

– Van Ralt?

– Tak, Van Ralt. Był niemieckim szpiegiem, opowiadałem mu czasem… No wiesz… – spuścił wzrok, jakby ze wstydu – O pewnych sprawach. A on czasem sypnął jakimś dodatkowym groszem. Pamiętasz, jak wreszcie było nas stać na remont stodoły?, powiedział i spojrzał na Unę. Kobieta nie wyglądała jakby remont stodoły był dla niej wart zadawania się z człowiekiem pokroju Van Ralta – Nieważne – kontynuował Jack – Tamtej nocy… Poszedłem do pubu. Nie byliśmy wtedy umówieni, ale on siedział tam z kobietą. Kłócili się. Chciał, żeby zawieźć ich do Hagley Woods. Powiedział, że zapłaci, więc się zgodziłem, zresztą jak mógłbym odmówić? Nie jemu. Byli strasznie pijani. Zaczęli się szarpać. Najpierw słyszałem krzyki, później coś jakby krztuszenie…

Una zamarła.

– Una, on ją udusił. Tam na tylnym siedzeniu – łzy napłynęły mu do oczu – Kazał mi zatrzymać się w lesie, więc się zatrzymałem. Wysiedliśmy i włożyliśmy jej ciało do starego wiązu. Najgłębiej jak się dało…

Jack zrobił krótką przerwę.

– Patrzyła na mnie, tam z tej jamy. Co noc wraca i znowu na mnie patrzy…

Jack Mossop zmarł kilka tygodni później. Obraz zamordowanej kobiety, porzuconej w konarach starego drzewa prześladował go do końca życia.

Graffiti namalowane na obelisku, nieopodal Hagley Woods.

W głębi drzewa.

Piętnastoletni Bob Farmer wspiął się na stary, rozłożysty wiąz. Razem z trójką przyjaciół – Robertem Hartem, Thomasem Willetts’em i Fredem Paynem, wybrali się tego poranka na poszukiwanie ptasich gniazd. On, jako najstarszy z nich, nie bał się niczego i postanowił, że wespnie się najwyżej jak się da. Nie chodziło tylko o ptaki, Bob musiał pokazać wszem i wobec kto jest przywódcą ich bandy. Oczywiście żadne z rodziców nie wiedziało o tej wyprawie, w końcu kto pozwoliłby dzieciakom błąkać się po Hagley Woods. Nawet w tak piękny i słoneczny dzień jak ten.

Był 18 kwietnia, 1943 roku.

Bob poczuł mrowienie na karku, zupełnie jakby ktoś się w niego wpatrywał. Rozejrzał się, ale reszta chłopaków rozpierzchła się po lesie w pewnej odległości, no i żaden na niego nie patrzył. Dziwne, pomyślał. Miał złe przeczucie. Zaczął powoli schodzić z drzewa. Teraz trochę żałował że nie posłuchał rodziców i nie poszedł grzecznie do szkoły. Schodził gałąź po gałęzi, powoli, krok za krokiem…

Rozległ się trzask Jedna z gałęzi nie wytrzymała i pękła gwałtownie pod jego ciężarem. Bob zawisł, trzymając się tylko na rękach. Jego twarz znalazła się na wysokości ciemnego otworu wyżłobionego w drzewie.

Puste oczodoły ludzkiej czaszki patrzyły prosto na niego. Zlepek włosów wisiał na pozostałości zgniłej skóry. W zębach tkwił kawałek materiału.

Bob w pierwszej chwili wrzasnął, szybko jednak się opanował. Wyciągnął czaszkę z dziupli, zeskoczył z drzewa, i kiedy koledzy dobiegli do niego, pokazał im swoje znalezisko.

Wszyscy obejrzeli czaszkę bardzo dokładnie, jednak żaden z nich nie miał ochoty ponownie wspinać się na wiąz, żeby sprawdzić, czy nie ma tam przypadkiem czegoś jeszcze. Uznali, że taka przygoda w zupełności im wystarczy.

– Dobra, tylko pamiętajcie – powiedział Bob, kiedy już odłożyli czaszkę na swoje miejsce – Nikomu ani słowa. Cicho – sza! – wszyscy zgodnie pokiwali głowami i ruszyli w stronę domów.

Tommy, najmłodszy z nich mieszkał najdalej, więc dotarł do domu najpóźniej. Matka nakryła już do stołu i czekała tylko na powrót chłopca ze szkoły. Ojciec miał właśnie przerwę na lunch.

– Spójrz, on chyba jest chory – matka Tommy’ego zwróciła się w stronę ojca. Chłopiec nie mógł przełknąć ani kęsa, chociaż podała jego ulubioną potrawkę w kurczaka. Kobieta dotknęła jego czoła – Masz gorączkę – westchnęła niezadowolona. Nie mieli teraz pieniędzy na dodatkowe wydatki, a już na pewno nie na doktora – Znowu włóczyłeś się bez podkoszulka! Do łóżka marsz! – rzekła do niego surowo – I oby do jutra ci przeszło!

Tommy leżał na łóżku i wpatrywał się w sufit. Naprawdę chciał iść spać. Jednak gdy tylko zamykał oczy widział ziejące pustką oczodoły, wyłaniające się z dziury w wiązie. Chciało mu się płakać, ale wiedział, że musi być twardy. Obiecał chłopakom, że nie piśnie ani słówka.

Następnego ranka opowiedział o wszystkim ojcu. Takiego lania nie dostał jeszcze nigdy w życiu.

Kobieta bez imienia.

Pogodnego, kwietniowego dnia, do Hagley Woods zjechała się policja.

Z wiązu, o którym mówili chłopcy wyciągnęli prawie kompletny szkielet młodej kobiety, brakowało jedynie jednej z rąk. W usta miała wetknięty kawałek tafty, a na lewej ręce, na palcu serdecznym – obrączkę. Oprócz tego w drzewie znaleziono skrawki ubrań bez metek oraz buty.

Brakująca ręka odnalazła się niedługo później – leżała zakopana nieopodal drzewa.

Patolog James Webster, zbadawszy ciało uznał, że ofiara została zamordowana około osiemnastu miesięcy przed dokonaniem znaleziska. Była to kobieta w wieku lat 35, mierząca około 1,5 metra wzrostu, o mysich włosach i krzywych zębach, w których znajdowało się kilka plomb. Na podstawie badań miednicy stwierdzono, że w swoim życiu, urodziła co najmniej jedno dziecko. Jej ciało zostało umieszczone w drzewie zanim ostygło, więc idealnie wpasowało się w szczelinę. Nie znaleziono żadnych konkretnych obrażeń, więc na podstawie materiału, znalezionego w ustach uznano, że przyczyną śmierci było uduszenie.

Z powodu jej charakterystycznego uzębienia, śledczy zdecydowali się skupić na kartotekach dentystycznych, jednak nie znaleziono niczego pasującego w całej Anglii. Mogło to wskazywać, że kobieta nie pochodziła stąd.

Nie było żadnych świadków, dowodów, ani nawet poszlak, więc sprawę szybko zamknięto, a z powodu szalejącej wokół Drugiej Wojny Światowej, ludzie bardzo szybko zapomnieli o martwej kobiecie, znalezionej w drzewie.

Kartoteka policyjna, z lewej: wiąz, w którym znaleziono ciało; z prawej: rysunek poglądowy kobiety .

Napisy na ścianach.

Nie minęło jednak wiele czasu, kiedy sprawa sama dała o sobie znać. W Hagley Woods, nieopodal miejsca znalezienia ciała na murze pojawił się napis ‘Kto umieścił Luebellę w wiedźmim drzewie?’ (ang. ‘Who put Luebella down the witch elm?’), a kilka dni później w nieco innym miejscu ‘Kto umieścił Bellę w wiązie – Hagley Wood’ (ang. ‘Who put Bella down the wych elm – Hagley Wood’). Przez następne tygodnie w różnych miejscach w całej okolicy pojawiały się podobne napisy, nazywając kobietę Luebellą, Bellą bądź Clarabellą.

Policja uznała, że malujący po ścianach wandal jest podejrzany, albo w najlepszym przypadku przynajmniej związany ze zbrodnią, dlatego też sprawa została otwarta, po to aby go znaleźć. Niestety nigdy nie natrafiono nawet na ślad osoby, która mogła znać ofiarę morderstwa. Od tego czasu jednak, tajemniczą kobietę wszyscy, łącznie z policją zaczęli nazywać Bellą.

Jedno z pierwszych graffiti, odkrytych w okolicach Hagley Woods.

Szpiedzy i czarownice.

Śledztwu nie pomógł fakt, że wykorzystywane do nieoficjalnych badań zwłoki kobiety po jakimś czasie zaginęły. Nie jest jasne, czy był to przypadek, czy też zamierzone działanie, jednak miejsce pochówku Belli do dziś pozostaje nieznane.

W 1944 roku okoliczna prostytutka zgłosiła zaginięcie swojej koleżanki, Belli. Jako, że kobiety nie poszukiwała rodzina, ani przyjaciele, śledczy uznali, że może to być kobieta znaleziona w wiązie, nigdy jednak nie udało się tego udowodnić.

Folklorystka, Margaret Murray bardzo rozpowszechniła teorię o morderstwie okultystycznym. Według niej scena zbrodni odzwierciedlała antyczną ceremonię znaną jako ‘ręka Glorii’. Ręka wiedźmy, po jej zamordowaniu miała być odcinana i zostawiana w pewnej odległości od reszty ciała. Również drzewo, w którym została pochowana Bella nie pozostawało bez znaczenia – wiąz odgrywał szczególną rolą w czarnej magii.

W 1953 roku sprawę znów ożywiła seria opisujących sprawę artykułów, autorstwa Wilfreda Byford – Jonesa. Do tego stopnia, że kilka dni po publikacji dziennikarz otrzymał tajemniczy list.

‘Oczywiście, możesz pisać swoje artykuły o morderstwie w wiązie. Na pewno ciekawią Twoich czytelników. Jednak wiedz, że nigdy nie znajdziesz prawdziwego rozwiązania tej zagadki’, pisał autor listu ‘Jedyna osoba, która może odpowiedzieć na Twoje pytania jest już poza ziemską władzą. Ta sprawa jest zamknięta i nie ma nic wspólnego z wiedźmami, czarną magią, czy księżycowymi rytuałami…’

List podpisany był jedynie ‘Anna’.

Trop był na tyle ciekawy i wiarygodny, że zainteresowała się nim policja oraz MI5. Tajemniczą Anną okazała się być Una Mossop, zamieszkująca wioskę nieopodal Hagley Woods.

List do Wilfreda Byforda  – Jonesa od Uny Mossop podpisany jako ‚Anna’.

W 1941 roku mąż Uny, Jack Mossop pracował w fabryce amunicji. Jak później przyznał się na łożu śmierci, był informatorem nazistowskiego szpiega pochodzenia holenderskiego Van Ralta, który z kolei przekazywał zdobyte informacje innemu szpiegowi – holenderskiej kobiecie, która ukrywała się pod przykrywką tancerki kabaretowej. Według jednej z wersji między Van Raltem i kobietą doszło do awantury, w wyniku której mężczyzna ją udusił. Jack pomógł Van Raltowi ukryć ciało w starym wiązie. Według innej kobieta była tak bardzo pijana, że straciła przytomność, więc Van Ralt, postanowił dla żartu wepchnąć ją do wiązu, żeby była w szoku, gdy już wytrzeźwieje. Podobno kiedy odjeżdżali, kobieta jeszcze żyła. Una przyznała, że nigdy nie znała jej imienia.

Zdjęcie czaszki Belli.

W 1968 roku ukazała się książka ‘Murdered by Witchcraft’ autorstwa Donalda McCormicka. Wbrew tytułowi przekonywała ona również do teorii o nazistowskiej siatce szpiegowskiej. Według autora Clarabella Dronkers, szpieg i okultystka była dziewczyną niemieckiego agenta o nazwisku Lehrer. Wywiad niemiecki nadał jej pseudonim Clara i wysłał nieopodal Hagley Woods w 1941 roku. Nigdy nie zaraportowała przybycia na miejsce, ani też nigdy nikt już o niej nie słyszał.

Książka McCormicka była oparta na oficjalnych zapisach niemieckiego wywiadu.

Zapisano w nich między innymi, że w 1942 roku niemiecki szpieg Johannes Marinus Dronkers został stracony przez Brytyjczyków. Można zakładać, że Clarabella Dronkers była jego żoną, a Lehrer kochankiem. Być może zazdrosny mąż dowiedział się o zdradach żony? Być może urodziła ona dziecko, którego ojcem był kochanek i jej mąż nie był w stanie tego znieść?

Rekonstrukcja twarzy Belli z 2017 roku, wykonana na podstawie zdjęć czaszki.

Nie tak dawno temu wraz z ujawnieniem niektórych akt MI5 na światło dzienne wypłynęły nowe fakty. Urodzony w Czechach niemiecki szpieg Josef Jakobs, który był ostatnim człowiekiem straconym w Tower w Londynie został schwytany w roku 1941. Miał wtedy przy sobie zdjęcie pewnej młodej artystki kabaretowej – Clary Bauerle. Przez dwa lata, występowała ona w okolicach Hagley Woods mniej więcej w czasie, kiedy zginęła Bella. Gestapo zwerbowało ją do niemieckiego wywiadu, a ona i Jakobs zostali kochankami Mówiono, że po morderstwie kobiety, ślad po Clarze również zaginął, od tego czasu nie było już żadnych nagrań z jej udziałem. Znaleziono jednak dokument mówiący, że artystka umarła rok później, w szpitalu, w wyniku zatrucia weronalem.

Clara Bauerle, fotografia znaleziona w rzeczach osobistych Josefa Jakobsa.

W 1999 roku na murze w zupełnie innym zakątku wysp Brytyjskich ostatni raz pojawiło się pozostające bez odpowiedzi od siedemdziesięciu lat pytanie: Kto uwięził Bellę w wiązie?

[1] [2] [3] [4] [5] [6]

Roland T. Owen – Tajemnica pokoju 1046.

Detektywi Ira Johnson i William Eldredge wbiegli do pokoju 1046. Nagi mężczyzna leżał w kałuży krwi. Trząsł się.

– Kto panu to zrobił, panie Owen? – zapytał jeden z detektywów. Czuł niepokój. Krwią pokryte były również łóżko, ściana i nawet trochę sufitu.

– Nikt – szepnął łamiącym się głosem Roland T. Owen. Jedno z jego płuc było przebite nożem. Na szyi widniały sińce, a na nadgarstkach ślady po krępowaniu sznurem.

– Co się stało?

– Potknąłem się i uderzyłem głową wannę – wydusił Owen. Zdążył splunąć jeszcze szkarłatną wydzieliną i zapadł w śpiączkę. Umarł w szpitalu, osiemnaście godzin później.

Morderstwo Rolanda T. Owena opisane w lokalnej gazecie.

Uciążliwy gość.

Był mroźny poranek, 2 stycznia, 1935 roku. Do hotelu President wszedł ciemnowłosy mężczyzna. Nie dało się nie zwrócić na niego uwagi ze względu na zniekształcone ucho i bliznę przecinającą mu twarz. Nie miał przy sobie bagażu, jednak nie było w tym nic dziwnego – w końcu miał zatrzymać się tylko na jedną noc. Roland T. Owen dostał klucz do pokoju 1046.

Do pokoju odprowadził go boy hotelowy, Randolph Propst. Porozmawiali przez chwilę o niczym szczególnie istotnym. Podczas pogawędki Owen, wspomniał, że chciał zatrzymać się w hotelu Muehlebach, jednak ostatecznie nie było go stać na taki wydatek. Propst otworzył drzwi do pokoju i zapalił światło. Owen przekroczył próg i rozejrzał się po pokoju. Rzeczywiście – standard odbiegał nieco od pokoi w Muehlebachu, ale był przyzwoity. Wyciągnął z kieszeni szczoteczkę do zębów, grzebień i szczotkę do włosów, i zaniósł je do łazienki. Wziął od Propsta klucz, rzucił kilka słów na pożegnanie i opuścił hotel.

Trochę później tego samego dnia, pokojówka Mary Soptic przyszła posprzątać pokój 1046. Kiedy tylko otworzyła drzwi, poczuła się bardzo nieswojo. W pokoju panował półmrok, okno było szczelnie otulone zasłonami, a jedynym źródłem światła była mała lampka, stojąca na stoliku nocnym. Owen wyglądał na roztrzęsionego.

– Proszę nie zamykać pokoju – odezwał się nagle Owen, kiedy ścieliła łóżko – Spodziewam się gościa – wyjaśnił i zaczął się zbierać.

– Oczywiście, proszę pana – Mary zaczęła ścielić łóżko – Tylko proszę… Pod żadnym pozorem nie zamykać pokoju – przypomniał jej minutę później i wyszedł. Mary pokręciła głową. Przecież wystarczyło powiedzieć jej o tym raz.

Pokojówka wróciła jeszcze raz do pokoju Rolanda T. Owena, żeby wymienić ręczniki. Ten leżał kompletnie ubrany na łóżku, gapiąc się w sufit. W pokoju wciąż panował półmrok. Przechodząc obok stołu Mary rzuciła okiem na leżącą na nim karteczkę: ‘Don, wrócę za piętnaście minut. Poczekaj’.

Następnego dnia Mary Soptic nie kwapiła się z powrotem do pokoju 1046. Miewali już w hotelu President dziwnych gości, ale zachowanie Owena sprawiało, że przechodziły ją ciarki. Kiedy w końcu dotarła na piętro, ku jej zdziwieniu drzwi były zamknięte od zewnątrz. Pomyślała, że Owen już wyszedł, więc otworzyła drzwi kluczem uniwersalnym. Owen znajdował się jednak w pokoju. Siedział na krześle i bezmyślnie patrzył w ciemność. Pokojówka, nie była pewna, czy powinna mu przeszkadzać, jednak on wzruszył ramionami i stwierdził że nie ma problemu – niech sprząta.

Zadzwonił telefon. Owen przyłożył słuchawkę do ucha i przez jakiś czas milczał. Dopiero później rzekł do telefonu:

– Nie, Don, nie jestem głodny. Jadłem już śniadanie – i rozłączył się.

Kiedy tego dnia Mary wróciła z ręcznikami, usłyszała parę podniesionych męskich głosów, dochodzących z wnętrza. Kłócili się. Zapukała, tłumacząc, że przyszła wymienić ręczniki.

– Nie potrzebujemy żadnych ręczników! – warknął jeden z mężczyzn. Pokojówka była pewna, że głos nie należał do Owena.

4 stycznia rano do pokoju 1046 został wysłany Propst. Od kilku godzin słuchawka telefonu była tam odstawiona z widełek, co nie powinno mieć miejsca. Całą drogę na piętro wyklinał cholernych gości, przez których musiał latać w te i we wte całymi dniami. Na drzwiach zastał zawieszkę, z napisem ‘Nie przeszkadzać’.

– Nie przeszkadzać jego mać – pomyślał Propst i zapukał.

– Proszę – odparł Owen z pokoju.

Propst pociągnął za klamkę, ale drzwi były zamknięte. Żadne odgłosy nie wskazywały na to, żeby ktokolwiek zamierzał mu otworzyć. Zapukał jeszcze raz.

– Może pan zaświecić światło? – zawołał Owen.

Drzwi wciąż były zamknięte. Cierpliwość Propsta wyczerpała się.

– Niech pan odłoży słuchawkę na widełki! – warknął i wrócił na dół do recepcji.

Kiedy po jakimś czasie telefon dalej nie działał, inny boy hotelowy, Harold Pike poszedł dopilnować, aby słuchawka została odłożona na miejsce. Zapukał, jednak tym razem nikt się nie odezwał. Wyjął więc z kieszeni klucz uniwersalny i bez ogródek wszedł do środka. W pokoju zupełnie nagi Owen spał. Telefon był przewrócony, a słuchawka leżała trochę dalej na podłodze.

‘Kac’, pomyślał Pike. Alkohol, oraz stan po jego spożyciu nie był mu obcy, więc cicho odstawił telefon i słuchawkę na miejsce i opuścił pokój, zostawiając Owena w spokoju.

Kiedy sytuacja z telefonem powtórzyła się po raz trzeci, wściekły Propst prawie pobiegł do pokoju i mijając wciąż wiszącą zawieszkę ‘Nie przeszkadzać’ otworzył drzwi tak, jak wcześniej Pike. Szybko okazało się się, że Owen nie miał kaca. A jeżeli miał, to nie był to jego główny problem. Leżał na podłodze, podpierając się na łokciach. Zakrwawioną głowę ukrywał w dłoniach. Kiedy zobaczył Propsta, jęknął.

Szybko zjawiła się policja w towarzystwie dr Harolda F. Flandersa. Od Owena nie dowiedzieli się kompletnie niczego istotnego, więc czym prędzej przewieźli go do szpitala. Z badań wynikało, że Owen był skrępowany sznurem wokół szyi, nadgarstków i kostek. W okolicach serca widniały ślady ciosów nożem, z których jeden przebił mu płuco. Sińce wokół szyi świadczyły o tym, że Owen był duszony. Po długiej walce, z powodu ciężkich obrażeń, nie udało się go uratować.

Frank Howland i Fred Green – detektywi prowadządzy śledztwo.

Kim jest Roland T. Owen?

Na miejscu zbrodni nie było prawie żadnych śladów. Brakowało standardowego wyposażenia, takiego jak szampon, czy ręczniki. Detektywi znaleźli natomiast metkę, oderwaną od krawata, wsuwkę do włosów, agrafkę, nie zapalonego papierosa, zamkniętą butelkę rozcieńczonego kwasu siarkowego, dwie szklanki, oraz cztery drobne odciski palców na kloszu lampki nocnej.

Kiedy okazało się, że Roland T. Owen to fałszywe nazwisko, detektywi wystawili zwłoki na widok publiczny.

Pierwszy z policją skontaktował Ernest Johnson z Kansas City – rozpoznał w Owenie swojego kuzyna Harvey’a Johnsona. Z kolei siostra Ernesta, pani Anderson, stwierdziła, że ich kuzyn zmarł pięć lat temu. Ernest wydawał się być zaskoczony faktem, jak bardzo Owen był podobny do Harveya.

Odkryto również, że Owen pod pseudonimem Eugene Scott spędził jakiś czas w hotelu Muehlebach, a także w hotelach Kansas City i St Regis. Obsługa jednego z nich często widywała go z innym mężczyzną.

Później zgłosił się Tony Bernardi, mężczyznan zajmujący się lokalnym wrestlingiem. W grudniu, zeszłego roku Owen przyszedł do niego, chcąc zostać jednym z zawodników. Chwalił się, że występował dla Charlesa Locha z Omahy. Przedstawił się jako Cecil Warner. Detektywi pokazali Lochowi zdjęcia Owena, ten z kolei stwierdził, że widzi tego człowieka pierwszy raz w życiu.

Robert Lane, spokojny mieszkaniec miasta, również trafił na Owena. Wieczorem, 2 stycznia, jechał wzdłuż ulicy, nieopodal hotelu President, kiedy to zobaczył mężczyznę ubranego w samą bieliznę. Owen machał do niego, myśląc, że mężczyzna jest taksówkarzem.

– Wsiadaj pan – Lane od środka otworzył drzwi pasażera. Zdziwił się na widok ubranego w ten sposób mężczyzny, szczególnie o tej porze roku. Postanowił podrzucić go na postój taksówek.

Owen wsiadł do samochodu. Podczas drogi dużo przeklinał, a zapytany o ranę znajdującą się na jego ramieniu, odpowiedział tylko:

– Jutro dostanie na co zasłużył… Już po nim.

W toku śledztwa wyszło na jaw, że w nocy z 3 na 4 stycznia, w hotelu President, wydarzyło się kilka różnych rzeczy.

W pokoju 1055 trwała głośna zabawa. Hałas niósł się po całym piętrze, przeszkadzając niektórym z gości w odpoczynku.

Lokatorka pokoju 1048 również nie miała łatwej nocy. W pokoju obok rozegrała się zakończona bójką karczemna awantura, pomiędzy kobietą i mężczyzną. Zanim jednak zdecydowała się na złożenie skargi, kłótnia ucichła i zastąpiły ją odgłosy chrapania.

Operator windy Charles Blocher kilkukrotnie wiózł dobrze ubraną kobietę. Było to dla niego zdziwieniem, ponieważ tego typu kobiety zwykle nie pojawiały się w hotelu President. Miał pewne podejrzenia co do tego, czym owa pani może się zajmować. Raz towarzyszyła ona mężczyźnie z niewielką torbą podróżną, innym razem szukała pokoju 1026. Ostatni raz widziana była o czwartej nad ranem, kiedy ostatecznie wyszła z hotelu. Wspomniany wcześniej mężczyzna opuścił hotel piętnaście minut później. Ani jedno, ani drugie nigdy nie zostało zidentyfikowane.

Kilku barmanów również rozpoznało Owena. Podobno kręcił się po mieście w towarzystwie różnych kobiet.

Szkic wykonany po śmierci Rolanda T. Owena, opublikowany w ‚The Star’.

Kwiaty i telefony.

W marcu rozpoczęły się przygotowania do pogrzebu. Nie było nikogo, kto mógłby, lub chciał zapłacić za pochówek. Lokalna gazeta informuje, że grób  ofiary krwawego morderstwa w hotelu President jest przygotowywany w miejscu dla ubogich.

Kilka dni przed pogrzebem do redakcji zadzwonił telefon.

– Ta historia w waszej gazecie… – odezwał się przyjemny, kobiecy głos – To wszystko nie tak. Roland T. Owen nie zostanie pochowany w miejscu dla biedaków. Rozpoczęliśmy przygotowania do jego pogrzebu.

– Kto rozpoczął? – zapytał dziennikarz, otwierając notatnik – Kto mówi?

Nieważne. Wiem, co mówię.

– Co wydarzyło się w hotelu?

Dziennikarz usłyszał w słuchawce kilka głębokich oddechów.

– Wpakował się w kłopoty – podsumowała zagadkowo nieznajoma i rozłączyła się.

Mniej więcej w tym samym czasie do zakładu pogrzebowego Mellody – McGilley, który przygotowywał ciało i pochówek, zadzwonił mężczyzna.

– Wstrzymajcie pogrzeb. Chcę, żeby Owen został pochowany w Memorial Park Cemetery. Blisko mojej siostry – zamilkł na chwilę – Spokojnie, pokryję koszty pogrzebu.

– Kto mówi? – zapytał McGilley, który osobiście odebrał telefon – Muszę to zgłosić na policję.

– Proszę się nie denerwować, panie McGilley – rzekł uspokajająco mężczyzna. Wyjaśnił, że Owen był zaręczony z pewną dziewczyną. Jakiś czas temu jednak porzucił ją zrywając zaręczyny. Ona odnalazła go i umówili się na spotkanie w hotelu President.

– Oszuści zwykle dostają to, na co zasłużyli – dodał i zakończył połączenie. Jakiś czas później, zakład pogrzebowy otrzymał zawiniętą w gazetę gotówkę bez adresu zwrotnego.

Ktoś zadzwonił również do lokalnej kwiaciarni i zamówił trzynaście róż American Beauty. Na pokrycie kosztów, przesłał pięciodolarówkę i karteczkę z napisem, do umieszczenia na wieńcu – ‘Kocham na zawsze – Louise’.

Pomimo tych wszystkich telefonów, jedynymi żałobnikami na pogrzebie byli prowadzący śledztwo detektywi.

Artykuł w gazecie.

Jakiś czas później w roku 1936, w zupełnie innej części Stanów, Eleanor Ogletree jadła właśnie śniadanie, przeglądając magazyn American Weekly. Przesuwając wzrokiem po kolumnie poświęconej tajemniczym zbrodniom zauważa zdjęcie mężczyzny podpisanego jako Roland T. Owen. Ze zdumieniem stwierdziła, że zdjęcie przedstawia jej brata Artemusa, który opuścił dom, aby podróżować po świecie. Eleanor szybko pokazała artykuł swojej mamie Ruby. Kobieta od razu rozpoznała bliznę po oparzeniu na jego twarzy i nie miała żadnych wątpliwości – Roland T. Owen, to jej syn – Artemus Ogletree, który w chwili opuszczenia domu miał dziewiętnaście lat.

Ostatnim znakiem życia, jaki Ruby otrzymała od Artemusa, były trzy listy. Wprawiły ją one w lekkie zdumienie, ponieważ różniły się od pozostałych, wysyłanych przez niego wcześniej – były oschłe, zwięzłe i napisane maszynowo. Ostatni z nich zawierał jedynie informację, że niebawem Artemus ma wypłynąć do Europy. Kilka dni po otrzymaniu ostatniego listu Ruby odebrała telefon od mężczyzny, przedstawiającego się jako Jordan. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że zna jej syna i ten uratował mu życie. Chciał tylko przekazać, że Artemus ożenił się z kobietą i osiadł w Kairze.

Śledztwo w sprawie morderstwa Rolanda T. Owena opisane w lokalnej gazecie.

Sprawa znów otwarta.

Organy śledcze otworzyły sprawę jeszcze dwa razy.

W 1937 roku aresztowany został mężczyzna o imieniu Joseph Ogden, za zastrzelenie jednego ze swoich przyjaciół. Detektywi odkryli, że Ogden używał kilku pseudonimów, a w październiku 1934 zarejestrował się w hotelu Kansas City pod nazwiskiem Donald Kelso, z mężczyzną, który nazywał siebie Duncan Ogletree. Jedna z gazet, opisuje nawet morderstwo, wyrażając pewność, jakoby Odgen zamordował Owena, tego drugiego przedstawiając jako ‘kelnera’. Policjanci połączyli postać Donalda Kelso z zagadkowym Donem, a Duncana Ogletree z Artemusem. Jednak ostatecznie powiązania tych dwóch zbrodni nigdy nie udało się udowodnić.

W 2003 roku bibliotekarz Kansas City Library John Horner odebrał przedziwny telefon. Dzwoniący nie przedstawił się, powiedział tylko, że dzwoni spoza Missouri. Ktoś z jego bliskich niedawno zmarł i pozostawił po sobie pudło pełne wycinków z gazet – wszystkie na temat morderstwa Rolanda T. Owena. W pudle było również coś, co przytaczał jeden z raportów policyjnych, jednak dzwoniący nie chciał zdradzić co to było.

Tajemnica pokoju 1046 opisana po latach w ‚The Newcastle Sun’.

Co stało się z Artemusem Ogletree?

Niektórzy mówią, że Artemus Ogletree był w związku z Louise, lub inną kobietą, jednak porzucił ją i wyjechał. Spotkali się ponownie w hotelu President. Być może była to kobieta, która szukała pokoju 1026, myląc go z numerem 1046? W rozpaczy, ona lub jej krewni zamordowali Artemusa, za zerwanie zaręczyn i przyniesienie hańby kobiecie.

Inna twierdzą, że Artemus Ogletree był homoseksualistą, a Don jego kochankiem, który z jakiegoś powodu go zamordował. Można też połączyć tą teorię z poprzednią – rodzina Louise dowiedziała się o powodach, które skłoniły Artemusa do wyjazdu i postanowili się zemścić. Zamordowali Artemusa, a on nie powiedział nic detektywom, żeby chronić Dona – homoseksualizm był w latach 30. nielegalny. Być może Don zadzwonił też do Ruby Ogletree jako Jordan – w końcu powiedział, że Artemus uratował mu życie – czy chodziło o to, że nie zdradził go przed policją, lub przed krewnymi Louise? Być może chciał, żeby była spokojna o syna.

Uważa się też, że Artemus Ogletree mógł być zaręczony z siostrą przywódcy lokalnej mafii Owney’a Maddena. Na cmentarzu, na którym został pochowany Ogletree spoczywa kobieta o imieniu Edwina Madden. Być może Ogletree był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, coś poszło nie tak i został zamordowany. Być może jakiś czas wcześniej Ogletree zerwał zaręczyny z Edwiną i Madden zamordował go osobiście? Później Madden postanowił zorganizować mu pochówek u boku swojej siostry.

Portret Artemusa Ogletree ze zbiorów Kansas City Library.

Mimo poszlak, dziwnych zdarzeń i telefonów, w dalszym ciągu nie wiadomo przez kogo i dlaczego Roland T. Owen ‘potknął się i uderzył głową w wannę’.

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12]