Hej Deb… – z głośnika zabrzmiał męski głos – Szkoda, że nie było cię dzisiaj w pracy. Ja… eee… – mężczyzna głośno przełknął ślinę – Zastanawiam się co u ciebie. Ee… Jeśli możesz to zadzwoń do mnie, jestem pod numerem 822 – 7007. Albo zadzwoń na domowy wieczorem. Ee… – znowu przerwał na chwilę – Nie ma cię już kilka dni, zacznę się martwić, jeśli jutro nie wrócisz. Chcę tylko wiedzieć czy u ciebie wszystko w porządku. Pa – dwa przerywane sygnały zadźwięczały przeciągle i automatyczna sekretarka wyłączyła się.

Debbie Wolfe.

Mistrzyni prezentów.

Jenny Edwards nie była ani trochę zdziwiona rozpakowując swój prezent gwiazdkowy. Dwie nagie lalki dla dorosłych… tak, mogła się tego spodziewać. Jej córka była mistrzynią robienia dziwacznych prezentów. Na pięćdziesiąte urodziny matki, Debbie zamówiła striptizera. Cóż, Jenny była pewna, że jej koleżanki z pracy nigdy nie zapomną muskularnego mężczyzny wulgarnie wijącego się na stole. Ona na pewno nie zapomni.

Jenny westchnęła tylko i spojrzała wymownie na córkę.

– Mamo, ja? – zapytała Debbie robiąc minę niewiniątka – Ja nie mam z tym nic wspólnego.

Kilka chwil później dziewczyna pognała na świąteczną zmianę do Szpitala dla Weteranów w Fayetteville. Pod pachą miała wielkiego pluszowego jednorożca – prezent od mamy.

Był to ostatni raz, kiedy Jenny widziała swoją córkę żywą.

Debbie Wolfe.

Automatyczna sekretarka.

Deborah Ann Wolfe była dwudziestoośmioletnią pielęgniarką. Jej życie było doskonale poukładane – miała fantastyczny kontakt z mamą, lubiła swoją pracę i mieszkała w najwspanialszym miejscu na ziemi – w małej, położonej na brzegu jeziora chatce w lesie. Było to cztery mile od miasta. 

Dziewczyna kochała to miejsce – kiedy chciała kąpać się nago w jeziorze – kąpała się, kiedy chciała strzelać do beczek, stojących na werandzie – strzelała, kiedy chciała urządzić przyjęcie, puszczając głośną muzykę i krzycząc do rana – tak właśnie robiła. Żaden wścibski sąsiad nie wtykał nosa w jej sprawy, ponieważ żadnego sąsiada nie miała.

Chatka Debbie (1).
Chatka Debbie (2).

25 grudnia 1985 po skończonej zmianie Debbie wróciła do domu. Dwa owczarki niemieckie, Morgan i Mason powitały ją szczekając radośnie. Spuściła je z łańcucha i w trójkę ruszyli na spacer wzdłuż jeziora.

Debbie nie opuściła ani jednego dnia pracy aż do 26 grudnia 1985 roku. Wtedy to pierwszy raz, nie powiadamiając nikogo, nie stawiła się zmianę. Ponieważ nie odbierała również telefonów, w końcu ktoś zadzwonił na numer wpisany jako telefon alarmowy – do jej matki Jenny Edwards.

Jenny od razu wiedziała, że stało się coś niedobrego. Znała swoją córkę bardzo dobrze, wiedziała, że ta nigdy nie opuściłaby dnia pracy bez naprawdę poważnego powodu. Wraz ze swoim przyjacielem Kevinem Gordonem wsiedli w samochód i pojechali na obrzeża Fayetteville sprawdzić, czy u Debbie wszystko w porządku.

Pierwszym, co rzuciło im się w oczy były puste puszki po piwie, rozrzucone niedbale po całym podwórku. Psy, o które Debbie tak dbała biegały samopas, wyjąc. Wyglądało na to, że od dłuższej chwili nic nie jadły.  

Kiedy Jenny i Kevin weszli do domu przerazili się jeszcze bardziej. Podłogę wyściełały rzeczy osobiste Debbie, pomieszane z kolejnymi puszkami. Miejsce wyglądało na zdewastowane. Jenny była pewna, że jej córka nie pozwoliłaby na doprowadzenie swojego ukochanego domu do takiego stanu.

Kevin wszedł do sypialni, gdzie znalazł torebkę Debbie wciśniętą niedbale między ścianę i łóżko. Lampka automatycznej sekretarki znajdującej się na nakastliku migała na czerwono. Mężczyzna zawołał szybko Jenny i nacisnął na ‘odsłuchaj’.

– Hej Deb… – z głośnika zabrzmiał męski głos – Szkoda, że nie było cię dzisiaj w pracy. Ja… eee… – mężczyzna głośno przełknął ślinę – Zastanawiam się co u ciebie. Ee… Jeśli możesz to zadzwoń do mnie, jestem pod numerem 822 – 7007. Albo zadzwoń na domowy wieczorem. Ee… – znowu przerwał na chwilę – Nie ma cię już kilka dni, zacznę się martwić, jeśli jutro nie wrócisz. Chcę tylko wiedzieć czy u ciebie wszystko w porządku. Pa – dwa przerywane sygnały zadźwięczały przeciągle i automatyczna sekretarka wyłączyła się.

Matkę Debbie przeszedł zimny dreszcz. Kim był ten mężczyzna? Nie znała jego głosu, a przecież znała wszystkich przyjaciół swojej córki. Dlaczego mówił, że Debbie nie ma od kilku dni? Przecież w pracy nie było jej może kilka godzin.

Jenny i Kevin obeszli kilkukrotnie podwórko, a także sprawdzili teren wokół jeziora znajdującego się nieopodal. Nigdzie nie było śladu ani Debbie, ani nikogo innego. Nie pozostało im nic innego jak tylko zawiadomić policję. Zgłoszenie przyjął kapitan Jack Watts z Biura Szeryfa w Cumberland.

Kilkadziesiąt minut później rosły mężczyzna pojawił się z psem tropiącym. Miał nadzieję, że być może pies od razu złapie trop zaginionej i szybko będą mogli uznać sprawę za zamkniętą. Niestety nic takiego się nie stało. Kapitan orzekł, że oficjalne poszukiwania można będzie rozpocząć dopiero po trzech dniach od zaginięcia. Rozpoczęto je po pięciu.

W międzyczasie Kevin przyjechał nakarmić Morgana i Masona. Wszedł do domu i w kuchni natknął się na uniform z krótkimi rękawami należący do Debbie. Mógłby przysiąc, że wcześniej go tam nie było. Zresztą to przecież niemożliwe, żeby i on i Jenny przeoczyli tak ważny ślad.

Pod powierzchnią.

Piątego dnia od zaginięcia rozpoczęto poszukiwania. Policjanci przywieźli ze sobą więcej psów tropiących, jednak żaden nawet nie podjął tropu. Wydawało się dziwne, że nie wzięli ze sobą nurków, aby przeszukać jezioro. Stwierdzono, że Jenny i Kevin już to zrobili.

– Wydaje mi się, że wspominali, że przeszukali już jezioro… – tłumaczył się później kapitan Jack Watts, zapytany przez media dlaczego nikt nie przeszukał jeziora – Nie mieliśmy więc po co sprawdzać go po raz kolejny. Nie, nie wydaje mi się, żebyśmy to zrobili.

Był to absurd. Ani Jenny, ani Kevin nie mieli ani sprzętu, ani umiejętności, żeby przeszukiwać jezioro. A jeśli nawet zrobiliby to na własną rękę, policja powinna była zrobić to raz jeszcze.

Śledztwu prowadzonemu przez policję brakowało kompetencji i profesjonalizmu, co sfrustrowało Jenny. Zatrudniła więc na własny koszt nurków, aby dokładnie zbadali jezioro. Nie przyniosło to żadnego rezultatu.

Siódmego dnia od zaginięcia Debbie, Kevin Gordon oraz jego znajomy Gordon Childress, który miał umiejętności nurkowe, postanowili przeszukać jezioro po raz trzeci. Gordon zauważył ślady wleczenia czegoś ciężkiego na brzegu. Wszedł głębiej w wodę i prawie natychmiast natknął się na Debbie. Jej nogi wystawały z pięćdziesięciopięcio galonowej drewnianej, noszącej ślady po strzałach beczki. Dokładniej takiej samej beczki, jakiej brakowało na podwórku. Debbie używała jej do gromadzenia drewna na opał i okazjonalnie jako celu podczas ćwiczeń strzeleckich. 

Kevin i Gordon mimo zrażenia działaniami policji, nie mieli innego wyjścia jak tylko ich zawiadomić.

Funkcjonariusze zabrali ciało Debbie, zostawiając beczkę na brzegu. Nikt nie miał ochoty targać wielkiej beczki ze sobą, więc postanowili wrócić po nią następnego dnia, większym samochodem.

Pod powierzchnią jeziora.

Teorie Jack’a Wattsa.

Dzień później koroner William Oliver podzielił się wynikami autopsji:

• W krwiobiegu Debbie nie znalazł śladów alkoholu, ani środków odurzających.

• W płucach dziewczyny znajdowała się woda o objętości pół łyżeczki. Oznaczało to, że kobieta nie zginęła w wyniku utonięcia, a jej ciało zostało wrzucone do wody już po śmierci.

• Palce ofiary były powyginane i pokryte zadrapaniami, które mogły świadczyć o walce.

• W waginie Debbie znajdowało się nasienie, jednak nie udało się stwierdzić, czy odbyła stosunek z własnej woli, czy też padła ofiarą gwałtu.

• Ciało kobiety znajdowało się w pozycji zrelaksowanej, a jej oczy były zamknięte – znowu kłóciło się to z utonięciem jako przyczyną śmierci. W przypadku tonięcia mięśnie są napięte, a oczy zwykle otwarte – jest to ciało człowieka, który resztkami sił walczy o ostatnie tchnienie.

• Ciało Debbie było w dobrym stanie – na tyle dobrym, że pogrzeb można było odprawić przy otwartej trumnie. Na pewno nie było to ciało, które od siedmiu dni znajdowało się w wodzie.

Wbrew opinii doktora Olivera, która aż krzyczała o udziale osób trzecich w śmierci Debbie, kapitan Jack Watts wykluczył morderstwo i za przyczynę śmierci przyjął przypadkowe utonięcie.

– Kiedy pierwszy raz spotkałem się z rodziną – stwierdził kapitan Jack Watts – Psy biegały spuszczone z łańcucha. Jestem pewien, że Deborah bawiła się z psami i wpadła do jeziora. To był nieszczęśliwy wypadek.

Ekspertyza koronera nie była jedyną rzeczą jaką zignorował Watts.

Samochód Debbie nie był zaparkowany w typowy dla kobiety sposób. Ponadto siedzenie kierowcy było odsunięte daleko w tył – jak dla rosłego mężczyzny, nie dla drobnej dziewczyny.

Wisienką na torcie był jednak fakt, że kiedy funkcjonariusze wrócili po beczkę, w której znaleziono ciało Debbie, beczki już nie było.

– W moim mniemaniu – stwierdził kapitan Watts – A także i moich kolegów, to co wydawało się na pierwszy rzut oka beczką, było tak naprawdę kurtką dziewczyny, która pod wpływem znajdowania się pod wodą napompowała się do podobnych rozmiarów.

Po tym jak Watts zanegował fakt istnienia pięćdziesięciopięcio galonowej beczki, którą widzieli Jenny, Kevin, Gordon, a także funkcjonariusze, którzy przyjechali po ciało, rodzina i przyjaciele Debbie stracili całą wiarę w policję. Byli jednocześnie oszołomieni i wściekli.

Dwaj podejrzani.

Nie mniej jednak policji udało się przesłuchać kilka osób.

Debbie miała pod opieką dwóch wolontariuszy, w szpitalu, w którym pracowała. Obydwu wesoła dziewczyna wpadła w oko i obaj bardzo chcieli się z nią umówić

Pierwszy z nich miał za sobą historię leczenia psychiatrycznego i był wyjątkowo nachalny. Poza nękaniem w pracy, udało mu się zdobyć numer dziewczyny i dodatkowo zaczął nękać ją telefonami. Ponoć twierdził, że wie gdzie mieszka i przyjdzie ją odwiedzić. Mimo, że odmówił testu poligrafem, jego alibi potwierdziło się, więc został zwolniony. Kilka dni później opuścił stan.

Drugi z wolontariuszy chciał umówić się z Debbie kilka tygodni przed jej zniknięciem. Ona powiedziała mu jednak, że przyjaźń to wszystko na co może liczyć z jej strony, ponieważ z kimś się już spotyka. Nie jest jasne, czy dziewczyna naprawdę była w związku, czy powiedziała tak tylko po to, żeby spławić niechcianego adoratora. Jenny wierzy, że to on był mężczyzną, którego głos słyszała w automatycznej sekretarce. Ma wrażenie, że nagrał się, próbując stworzyć sobie alibi. Został on również przesłuchany przez policję, jednak nie stwierdzono żadnych powiązań z zaginięciem młodej kobiety.

Wojskowa kurtka i naszyjnik.

Kilka miesięcy później Jenny odzyskała ubrania, w których jej córka została znaleziona. Okazało się, że żadna z rzeczy nie należała do Debbie. Była ona ubrana w:

• T-shirt z napisem ‘Pittsburgh Steelers’, którego nie rozpoznała ani Jenny, ani żaden z przyjaciół Debbie.

• Stanik o trzy rozmiary większej miseczce i dwa rozmiary zbyt szeroki w obwodzie.

• Spodnie o zdecydowanie zbyt długich nogawkach.

• Męskie buty o rozmiarze sześć, przy czym Debbie nosiła damską siódemkę (około trzy rozmiary mniejsze).

• Męską skórzaną kurtkę wojskową o rozmiarze S. Co ciekawe Debbie posiadała identyczną kurtkę o rozmiarze L, którą dostała od brata. Ta jednak wisiała jakby nigdy nic na wieszaku w szafie.

• Indiański naszyjnik ‘Złe oko’, który według wierzeń rdzennych Amerykanów miał wskazywać duszy drogę do następnego życia.

Nieszczęśliwy wypadek.

Jenny zmarła w roku 2002. Do końca życia była przekonana, że Debbie została zamordowana. 

– Znajdźcie tego, kto nagrał tą wiadomość, a znajdziecie mordercę – mawiała.

Być może morderca napadł Debbie w jej własnym samochodzie – stąd odsunięte siedzenia. Może jakiś czas przetrzymywał ją i gwałcił, a ostatecznie zamordował i podrzucił ciało w beczce do jeziora? Musiał mieć straszne szczęście skoro nie dość, że udało mu się zrobić to wszystko, to później jeszcze ukradł beczkę, którą funkcjonariusze zostawili na brzegu. To wszystko przy prawie cały czas obecnej rodzinie i funkcjonariuszach policji.

Ciekawostką jest fakt, że uniform Debbie znaleziony w jej kuchni nie był tym, który w dniu zaginięcia nosiła w pracy.

– Byliśmy na lunchu tamtego dnia – wspominał Roger Rushin, jeden z przyjaciół Debbie – Pamiętam jak rozmawialiśmy i przypadkiem oblałem kawą jej rękaw. Miała wtedy długie rękawy. A ona specjalnie wysypała groszek, żebym nie czuł się jak ostatnia oferma. Umówiliśmy się na lunch następnego dnia, ale już nigdy nie przyszła do pracy.

Uniform znaleziony w kuchni miał krótkie rękawy. Tego z długimi nigdy nie odnaleziono.

Działania policji mogą wskazywać na dwie rzeczy. Być może był to skrajny brak kompetencji, tuszowany późniejszymi działaniami. Albo kapitan Jack Watts był lub znał kogoś zamieszanego w śmierć Debbie.

Debbie Wolfe.

Którakolwiek odpowiedź jest tą dobrą, sprawa Debbie Wolfe pozostaje zamknięta, a jej śmierć uznana za nieszczęśliwy wypadek.

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10]

2 komentarze

  • CichyKaktus has written:

    Nie mogę zrozumieć jak to się stało że śledztwo zostało tak źle przeprowadzone. Gdyby nie tacy partacze to pewnie byłoby trzy razy mniej niewyjaśnionych spraw. Szkoda matki Debbie, każdy zasługuje na wyjaśnienie. Pozdrawiam

    • ale.miton has written:

      W zdecydowanej większości spraw niewyjaśnionych zaginięć/morderstw, które znam policja nie działa najlepiej. Być może dlaczego, że jeśli policja działa dobrze, to sprawy są wyjaśniane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *