Po wielomiesięcznej podróży po Indiach Mary i Frances Lawson zawitały do Francji. Wielotygodniowa podróż statkiem sprawiła, że były wykończone. Wyglądało na to, że zamiast zwiedzić wymarzony Paryż, wykorzystają ten dzień na odpoczynek. W końcu jutro miały ruszyć w dalszą podróż – do domu, do Anglii.

Kobiety zatrzymały się w hotelu Continental przy Rue de Ravioli. Poprosiły o dwa osobne pokoje – prawdę mówiąc przede wszystkim musiały odpocząć od siebie. Frances odprowadziła matkę i towarzyszącego im boya hotelowego do pokoju numer 342. Wnętrze było małe, jednak bardzo przyjemne, ściany pokrywała tapeta w pączki róż, a okna osłaniały śliwkowe zasłony.

Mary Lawson westchnęła ciężko i opadła na łóżko, dotykając dłonią piersi.

– Fran, nie czuję się najlepiej.

Frances zaniepokoiła się. Z jednej strony były tyle dni w podróży, to normalne, że matka mogła poczuć się gorzej.  Jednak z drugiej, kobieta była już w słusznym wieku i od lat borykała się z problemami z sercem.

– Poczekaj tu mamo, lepiej żeby zbadał cię lekarz. Tak na wszelki wypadek. Czy byłby pan tak miły? – rzuciła Frances w stronę boya hotelowego, który wciąż czekał na napiwek. Chłopiec skinął głową i oddalił się w stronę windy, kiedy dziewczyna wepchnęła mu w dłoń kilka banknotów.

Lekarz pojawił się wraz z kierownikiem hotelu, który najwyraźniej musiał mieć wszystko pod kontrolą. Mężczyzna osłuchał chorą i zaczął mówić coś bardzo szybko po francusku.

Frances nigdy nie przykładała się do lekcji francuskiego i nie zrozumiała ani słowa. Jej guwernantka, panna Jambon z pewnością byłaby dumna, przeszło dziewczynie przez myśl.

– Pani matka… Bardzo chora – powiedział łamanym angielskim lekarz i pokręcił głową – Musi jechać.

Później kierownik hotelu przetłumaczył jej dalsze słowa lekarza. 

– Doktor Daquin niestety nie ma potrzebnych leków przy sobie. Doktor Daquin nie może teraz opuścić hotelu, sama pani rozumie – wiele przebywających tu pacjentów liczy na jego natychmiastową pomoc. Doktor Daquin napisał krótką notatkę z adresem. Proszę pokazać karteczkę woźnicy i jechać pod ten adres. Proszę dać karteczkę żonie doktora Daquin. Żona doktora Daquin da pani wszystko, czego potrzebujemy. W tym czasie zaopiekujemy się panią Lawson.

Niewiele myśląc Frances pocałowała matkę w policzek i obiecała, że niebawem wróci do hotelu. Zbiegła szybko na dół i wsiadła do jednej z hotelowych dorożek. Pokazała karteczkę woźnicy, Ruszyli.

Jechali bardzo wolno przez zatłoczone miasto. Mężczyzna powożący dorożką mówił co jakiś czas coś po francusku, a Frances uśmiechała się i potakiwała. Miała wrażenie, że jeżdżą w kółko. Nie miała przy sobie zegarka, ale zanim dotarli do posiadłości doktora Daquin musiało minąć kilka dobrych godzin.

– Bonjour, que puis-je faire pour vous? – zapytał lokaj otworzywszy drzwi.

Frances wręczyła mu karteczkę z notatką, którą dostała w hotelu. Mężczyzna przyjrzał jej się uważnie.

– Un moment – rzekł i wskazał Frances szezlong, stojący w holu. Sam poszedł schodami w górę.

Chwilę później wrócił z kobietą w średnim wieku.

– Dzień dobry kochanie – powiedziała kobieta perfekcyjną angielszczyzną – Daj mi dosłownie kilka minut i zaraz przyniosę, co trzeba.

– Dziękuję – Frances odetchnęła z ulgą.

Minuty mijały, a Frances była coraz bardziej zniecierpliwiona. Kiedy w końcu otrzymała małą fiolkę w papierowej torebce i wyszła na zewnątrz, słońce zdążyło już zajść.

Dziewczyna martwiła się o matkę, obawiała się, że podczas nieobecności jej stan mógł znacząco się pogorszyć. Dlatego, kiedy tylko dojechała do hotelu, nie zważając na nikogo w te pędy pobiegła do pokoju 342. Nie pukając, weszła.

– Przepraszam bardzo, ale co DO CHOLERY pani tu robi?! – krzyknął mężczyzna stojący w rozpiętej koszuli na środku pokoju.

Frances stanęła jak wryta. To nie był ten pokój. Nie było tapety w pączki róż. Nie było śliwkowych zasłon. Ale co najgorsze, nie było tu śladu po Mary Lawson.

– Przepraszam – szepnęła speszonym głosem dziewczyna – Musiałam pomylić pokoje.

Szybko wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Nie myliła się, plakietka wyraźnie mówiła ‘342’.

Frances zeszła na recepcję i poprosiła o wezwanie kierownika.

– Pani nazwisko? – zapytał mężczyzna, z którym rozmawiała niespełna kilka godzin temu. Mógł jej jednak nie pamiętać, przez hotel przewija się przecież tyle gości.

– Frances Lawson… Szukam mojej matki Mary Lawson, przywiozłam lekarstwo, o które prosił doktor Daquin. Proszę mi przypomnieć do którego pokoju mam iść.

– Doktor Daquin, dziwne… Nie pracuje u nas żaden doktor Daquin – zdziwił się kierownik hotelu – A tak, panna Frances Lawson, zakwaterowała się pani dzisiaj w pokoju 341, tak… Panno Lawson, niestety nie przyjechała pani z osobą towarzyszącą. Nie mamy w rejestrze nikogo o nazwisku Mary Lawson, a pokój 342 zamieszkuje ktoś o zupełnie innym nazwisku. Chociaż też z Anglii, ha co za zbieg okoliczności.

– Pan chyba żartuje… – Frances ledwie wykrztusiła, a w jej oczach pojawiły się łzy – Proszę zawołać doktora Daquin!

– Jak już wcześniej wspomniałem, nie znam nikogo o takim nazwisku, przykro mi.

– Gdzie jest moja matka?!

– Panno Lawson, bardzo proszę o spokój. Niestety przyjechała pani sama, proszę sobie przypomnieć.

– Ten chłopak – wskazała na boya hotelowego, który przeszedł koło nich – Proszę go zapytać, dałam mu napiwek… I prosiłam, żeby wezwał lekarza, na pewno pamięta…

Kierownik hotelu zawołał chłopaka. Wymienili kilka zdań po francusku, chłopak pokręcił głową i wrócił do pracy.

– Przykro mi, ale…

– Nie… ja oszaleję, co zrobiliście z moją matką?! Przecież pan pamięta, musi pan pamiętać, MUSI PAN PAMIĘTAĆ – Frances szarpnęła kierownika hotelu za marynarkę.

– Agnes, wezwij policję – szepnął po francusku mężczyzna, do kobiety znajdującej się na recepcji, która dotychczas przyglądała się tylko scenie z rosnącym przerażeniem.

Kiedy dwóch policjantów weszło do hotelu Continental przy Rue de Ravioli Frances krzyczała i szarpała kierownika hotelu, pracownicy próbowali ich rozdzielić, a przechodzący tamtędy goście zatrzymali się, aby zobaczyć jak ta potyczka się skończy.

Jeden z policjantów gwizdnął gwizdkiem, a drugi zawtórował mu krzycząc ‘SPOKÓJ!’, po czym złapał Frances i wykręcił jej ręce do tyłu.

– Co tu się dzieje? – zapytał po francusku policjant. Kierownik hotelu zaczął szybko tłumaczyć mu zaistniałą sytuację, machając energicznie rękami i co chwilę wskazując na stojącą przed nią dziewczynę z poszarpaną fryzurą i rękami trzymanymi z tyłu przez drugiego policjanta.

– Ambasada – powiedziała cicho Frances, która uspokoiwszy się trochę, zaczęła rozmyślać nad tym, co powinna teraz zrobić – Chcę do ambasady.

Policjanci musieli zrozumieć i zgodzić się z tym pomysłem, ponieważ już za chwilę wyprowadzili ją z hotelu i zawieźli do brytyjskiej ambasady. Prawda jest taka, że nie uśmiechało im się prowadzić dyskusji z rozhisteryzowaną, prawdopodobnie chorą psychicznie kobietą, a do tego wszystkiego jeszcze po angielsku.

Pracownik ambasady kiwał głową lekko uśmiechając się, podczas gdy Frances opowiadała mu co wydarzyło się w hotelu. Dziewczyna wyczuwała, że nie wierzy w ani jedno jej słowo, i już dawno wziął ją za wariatkę.  Później poprosił ją, żeby usiadła, aby mógł odpowiednio sprawdzić szczegóły jej opowieści.

Minęło kilka godzin, kiedy mężczyzna zaprosił ją ponownie do swojego gabinetu.

– Panno Lawson. Zbadaliśmy szczegóły tej sprawy i bardzo mi przykro, ale wszystko wskazuje na to,  że pani matka nie postawiła dzisiaj stopy w Paryżu. Rozmawialiśmy z pracownikami pociągu, hotelu. Wspominała pani o doktorze Daquin – nikt taki nie pracuje w hotelu Continental. Rozmawialiśmy z tamtejszym lekarzem i twierdzi on, że nie został dzisiaj wezwany do żadnej kobiety.

– Musicie mi uwierzyć – zaczęła krzyczeć Frances – Przyjechałam tu z matką Mary Lawson, do cholery!

– Bardzo proszę o zachowanie spokoju – powiedział stanowczym tonem pracownik ambasady – Sprawdziliśmy to, w hotelu nie ma wzmianki o pani matce. Co więcej, NIGDZIE nie ma wzmianki o pani matce, nikt jej też nie pamięta. Jest pani zdenerwowana, rozumiem, ale bardzo proszę, żeby pani jeszcze raz przeanalizowała swoją podróż. Jestem przekonany, że w głębi serca czuje pani, że odbyła ją pani sama.

– W tym pokoju były róże… I śliwkowe zasłony… MUSI MI PAN UWIERZYĆ! TO JEST JAKIŚ ABSURD! – krzyknęła dziewczyna zanosząc się szlochem. A po chwili zaczęła się histerycznie śmiać.

Chwilę później Frances Lawson została zabezpieczona białym kaftanem i zawieziona do Sainte-Anne Hospital Center, gdzie spędziła resztę swojego życia.

Paryż.

– Nie było innego wyjścia – rzekł doktor Daquin do swojej  żony – Ta kobieta przywiozła ze sobą jakąś cholerną zarazę.  Chcieliśmy zawieźć ją do szpitala, ale zmarła kilkadziesiąt minut po tym jak wysłałem jej córkę do ciebie. Wiesz jaka panika wybuchła by w hotelu, gdyby inni goście się dowiedzieli? Jaka panika wybuchła by w Paryżu? Nie, niestety, nie było innego wyjścia.

[1]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *